Leciałam ponad godzinę. Co ciekawe lot nie był długi, a nawet podali kanapki i soczek na lunch. A potem szybkie lądowanie. Przez szybę samolotu widać było zatokę, most i operę. Wylądowałam w Sydney dokładnie o 13:19. Po wylądowaniu odebranie bagaży i już można było opuścić lotnisko. Nie było żadnej kontroli czy sprawdzania paszportów. No tak domestic flight. Zadzwoniłam z lotniska do hotelu, w którym miałam rezerwację, bo w ramach pobytu należał mi się darmowy transport do hotelu. Do tego ta rozmowa była darmowa. Niezłe. Pani z hotelu powiedziała żebym wzięła taksówkę i poprosiła taksówkarza o rachunek, a ona mi wróci pieniądze. Super. W Sydney taksówki są białe. Lotnisko w Sydney jest blisko centrum, nie to co w Melbourne, więc szybciutko byłam na miejscu.
Pogoda była taka sobie, bo było 20 kilka stopni i deszcz. Po godzinie 17 poszłam na nogach nad zatokę. Nie wiem dokładnie ile szłam, ale z godzinę na pewno głównie przez Elizabeth Street. I oto ukazała mi się opera. Powiem tak: dopóki jej nie zobaczyłam wydawała mi się mała w porównaniu z mostem, a tu niespodzianka, bo Sydney Opera House wcale taka mała nie jest, a tymczasem Harbour Bridge choć duży, to jednak mniejszy niż myślałam. Znów ta telewizja:-)
Polecam moje zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/22762999@N00/



No comments:
Post a Comment