Dziś wizyta w Chinatown. Zabudowania też w stylu azjatyckim, ale nie jakoś w nadmiernej ilości. Poszłam do Chinese Garden czyli Ogrodów Chińskich, które są raczej małe, bo naprawdę nie zajmują zbyt dużej powierzchni, ale za to bardzo ładne, a że nie było wówczas zbyt dużo ludzi, więc było tam całkiem przyjemnie.
Dostrzegłam parę Azjatów w kimonach i byłam przekonana, że to ich stroje i że przyszli w nich sobie zrobić zdjęcia. A tymczasem odkryłam, że te stroje można wypożyczyć na sesję zdjęciową. I tak oto Chińczyk ubrał mnie w kimono. Wybrałam sobie kimono oczywiście w kolorze czerwonym. Jak już mnie ubierał to miałam ubaw po pachy. Z kolei on był taki poważny i przejęty jakby ubierając mnie jednocześnie odbywał się jakiś rytuał, który nie pozwalał mu się rozluźnić. We włosy wpiął mi jakąś „koronę” i jeszcze dał wachlarz do ręki. Ogólnie mówiąc wyglądałam jak caryca rosyjska, a nie Chinka. Może gdybym miała czarne włosy to choć trochę upodobniłabym się do Azjatek, a tak oto wyszła cała moja słowiańska uroda:-)
Po wyjściu z Ogrodów Chińskich poszłam na prawo i tu niemal od razu zaczyna się Darling Harbour. Kolejną atrakcją miało być Wildlife World, które znajduje się w Darling Harbour tuż obok Oceanarium. Ogólnie mówiąc to bardzo mi się tam podobało. Przynajmniej do pewnego momentu. To Wildlife World jest jak zoo, ale większość zwierzątek jest za szybą. Przechodzi się z miejsca na miejsce idąc różnymi korytarzami. Kiedy doszłam do koali do których można było wyjść na zewnątrz to się rozpadało i już nie pozwalali tam wchodzić. Poszłam dalej do miejsca, które tematycznie było związane z czerwonym centrum i było tam coś jakby jaskinia z tej czerwonej mączki na której były różne aborygeńskie obrazki. Tuż obok za szybą mieszkały kangury, które stały sobie przy samej szybie chowając się przed deszczem. Niestety i tutaj ze względu na deszcz nie można było do nich pójść. Siedziałam więc sobie trochę przy tej szybie i czekałam na cud, że się rozpogodzi i się uda, ale się nie udało. Kiedy wcześniej szłam korytarzem koło koali to wszystko było tak świetnie oznaczone, a jak się wróciłam później do tego miejsca, to ani śladu po miejscu z którego się do koali można było dostać już nie było. Zapewne wyłączyli monitor z oznaczeniem tego miejsca, powyłączali światła i pozamykali drzwi. Tylko za żadne skarby nie byłam w stanie powiedzieć gdzie to było. Bardzo dziwne uczucie. To się im udało. Nie ukrywam, że wyszłam stamtąd nieco rozczarowana i zdenerwowana. Nawet byłam w bojowym nastroju spytać o jakąś rekompensatę, bo skoro się reklamują, że można być blisko zwierząt, a tymczasem drzwi zamykają to chyba coś się człowiekowi należy. A tu niemiła niespodzianka. Wyjść stamtąd wyszłam, ale jak chciałam wejść do miejsca gdzie są kasy to się okazało że i ono jest już zamknięte, a więc na nic był mój bojowy nastrój.
Wracałam do hotelu przez Chinatown, do którego wróciłam oczywiście padnięta.
Polecam moje zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/22762999@N00/
All rights reserved - Copyright © Lagnese






No comments:
Post a Comment