Thursday, November 22, 2012

Great Ocean Road, Australia 14/02/2009

Po raz pierwszy w Australii pobudka o 7 rano, a już o 8:10 przyjechał mój bus pod hostel i zabrał mnie na wycieczkę wzdłuż oceanu, którą zarezerwowałam dwa dni wcześniej w hostelu.


Tablica rejestracyjna mojego busa

Kierowca Simon, był również naszym przewodnikiem. W busie było może 25 osób. Naprzeciw mnie siedział jakiś Azjata w kurtce, który przez całą wycieczkę nie rozstawał się ze swoją komórką i raz po raz wyciągał swój mały aparat fotograficzny, robił zdjęcie przez szybę busa, po czym chował go do etui, by za chwilę znów go wyciągnąć, strzelić fotkę i znów do etui. I tak przez całą jazdę. Całkiem śmieszny widok.

Opuściliśmy Melbourne przez Bolte Bridge i udaliśmy się w kierunku Geelong - drugiego, co do wielkości miasta w stanie Wiktoria. Kiedyś było ono największym miastem i odgrywało większą rolę, niż Melbourne, ale gorączka złota zmieniła ten stan rzeczy. Za Geelong był nasz pierwszy przystanek w miejscu, które nazywa się Bells Beach, które słynie z surferów. Stamtąd był przepiękny widok na ocean i skały. 



Bells Beach

Kolejny raz zatrzymaliśmy się w miejscu z białą latarnią morską. Widoki były tam jeszcze piękniejsze niż w Bells Beach, ale czasu było mało i trzeba było się strasznie spieszyć. 


Latarnia



Potem dalsza jazda wzdłuż oceanu po lewej stronie, a po prawej nieraz wysokie skały, a więc widoki zupełnie nieziemskie. Zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym na drzewach mieszkały papugi i inne ptaki oraz koala. I tak oto zaliczyłam pierwsze spotkanie z tym australijskim leniuszkiem, który tylko je i śpi. Można pozazdrościć, ale na krótko. 




Po przejechaniu kolejnego odcinka drogi zatrzymaliśmy się na lunch, który był we własnym zakresie w Apollo Bay. Mieliśmy godzinę przerwy i poszłam nad ocean. Piasek był tak nagrzany, że aż prażył w nogi. Posiedziałam chwilę na plaży, poobserwowałam surferów i ogólnie mówiąc to było bardzo przyjemne miejsce, bo słońce, fale i spokój. Pełen relaks, zero pośpiechu, chociaż ja akurat musiałam nieco kontrolować czas. :)



Apollo Bay

Czekając na innych rozmawiałam chwilę z kierowcą Simonem i jak się dowiedział skąd jestem powiedział do mnie po polsku: "Daj mi buzi". SZOK. Ups. Okazało się, że jego dziadek był zaręczony z Polką i ona tak do niego mówiła. No nieźle. I znów jazda busem. Poza oceanem i skałami, spalona trawa, pousychane i połamane drzewa, ale nikt tu nie ingeruje w przyrodę. Domy dziwne jak dla mnie, bo skojarzyły mi się z polskimi domkami działkowymi, tylko może nieco większe. No, ale wiadomo klimat inny, to po co im domy z betonu.

Kolejną atrakcją wycieczki był las deszczowy, po którym przeszliśmy się wytyczonym szlakiem. Według Simona to tu, a nie w Stanach Zjednoczonych są najwyższe drzewa, no nie wiem nie wiem, ale wysokie były. 


Stamtąd pojechaliśmy już do Port Campbell National Park, gdzie znajduje się Twelve Apostles. Przybyliśmy tam około godziny 15, więc jak widać trochę z tego Melbourne jechaliśmy. Można było wykupić sobie lot helikopterem, ale w sumie dobrze, że się na to nie zdecydowałam, bo wówczas nie byłoby już czasu na zdjęcia, a tak to mogłam sobie połazić i porobić zdjęcia. 



Twelve Apostles w parku Narodowym Port Campbell

Widoczność z jednej strony była taka sobie, ale z drugiej strony już nie można było na nią narzekać. Jest tam dosyć spory kawałek do przejścia, ale nie można zejść na dół.


Dwunastu Apostołów


Dwunastu Apostołów


Dwunastu Apostołów



Po danym nam czasie krótka przejażdżka do kolejnego miejsca zwanego Lorch Ard Gorge. I tu był mały sprint. Najpierw udałam się na lewo i obeszłam tam dookoła ile się tylko dało. Cudowne widoki, a potem sprint w prawo, bo kończył mi się czas i szybko po schodkach na dół. Tutaj było prawdziwe cudo: skały wokół, ocean i gorący piasek. Szkoda tylko, ze było tak mało czasu, ale udało się pobiegać po piasku i oczywiście zrobić trochę zdjęć. A zaraz potem szybko po schodkach na górę do busa. Uff. 










Znów króciutka jazda i kolejne ostatnie już miejsce, w którym była skała nosząca nazwę London Bridge, bo rzeczywiście kształtem przypominał most. 


London Bridge

Stamtąd już jazda z powrotem do Melbourne, ale inną trasą już nie wzdłuż oceanu. Fakt trochę ta nasza jazda wzdłuż oceanu trwała i nawet nie spodziewałam się, że to tak daleko od Melbourne, a ponieważ to była jednodniowa wycieczka no to wiadomo, że  żeby wszystko zobaczyć to trzeba było się spieszyć, co czasami nie było przyjemne i pewnie, że wolałabym wszystkim na spokojnie się nacieszyć, ale i tak wycieczka była bardzo udana, a widoki olśniewające.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w miejscowości Colac na obiad. A potem kolejne 2 godzinki w busie gdzie niemal wszyscy padali ze zmęczenia i przysypiali. Do Melbourne dojechaliśmy około 20:30. Kierowca rozwoził wszystkich po hotelach, więc trochę jeszcze pojeździłam po Melbourne zanim około 21 dotarłam do mojego hostelu zmęczona, ale zadowolona, bo za taką cenę - tyle atrakcji i pięknych widoków to  naprawdę warto. 




All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

No comments:

Post a Comment