Tuesday, December 4, 2012

Sydney - Alice Springs 22/02/2009

Pobudka i ostatnie pakowanie. Niedziela po raz drugi podczas mojej podróży była spędzana na przemieszczaniu się samolotem w kolejne miejsce. W recepcji już wcześniej wykupiłam shuttle bus na 8 rano, a pan kierowca czekał na mnie już 15 minut przed czasem. I tak oto po tygodniu pobytu w Sydney opuszczałam to piękne miasto, by udać się w jeszcze piękniejsze rejony - do serca Australii. 

O 9:55 miałam wylot do Alice Springs. Tym razem samolot Qantasa był mniejszy, taki jak Easy Jet. Podawali lunch czyli kanapkę plus sok i wodę. Z samolotu był super widok na czerwoną ziemię, która się roztaczała pod nami. Totalne pustkowie. Różnica czasu pomiędzy Sydney i Alice Springs 1,5h. 

Według planu przylecieliśmy o 11:40. Wysiadłam z samolotu po schodach i trzeba było przejść kawałek po chodniku pod takim parasolem do wnętrza budynku lotniska. Było gorąco, ale spodziewałam się jakiegoś ogromnego uderzenia gorąca po wyjściu z samolotu, ale nic takiego nie miało miejsca. Odebrałam bagaż i wyszłam na zewnątrz. Słońce grzało mocno. Odjechały mi dwie taksówki i zrobiło się pusto, ale zaraz podjechał jakiś gość białym samochodem. To nie była normalna taksówka, ale raczej prywatna. Zabrałam się z nim i jechałam w stronę miasta Alice Springs przez jakieś 10 minut. 

Pan przywiózł mnie pod same drzwi recepcji Heavitree Gap gdzie miałam zarezerwowany hotel. Było tam kilka budynków dwupiętrowych i każde miało osobne wejście do pokoi. Mój budynek nazywał się Acacia. W środku tego miejsca był basen, a tuż nieopodal góry, czerwone skały. Widok boski – jak w raju dosłownie. Od razu zachwyciłam się tym miejscem. Panował tam fantastyczny spokój.

Mój pokój znajdował się na piętrze. Po wejściu po prawej stronie znajdowała się łazienka. Klasyczna, ładna, zadbana. I miałam ogromy pokój. Do tego szafa, lodówka, mikrofalówka, czajnik elektryczny, żelazko, talerze, sztućce, kawa, herbata……. a więc jak w prawdziwym hotelu. Był też telewizor, ale nie miałam nawet kiedy go włączyć. Do tego jeszcze stolik i krzesło i duże lustro i biblia na stoliku, a potem się wychodziło na balkon. On był jakby wspólny, bo się ciągnął przez całe piętro, ale każdy miał jakby wytyczony swój teren. I z tego balkonu widok na skały. Poezja.





Zamówiłam taksówkę do miasta jako że mój hotel znajdował się za miastem. Przed recepcją znajdowały się telefony. Wystarczyło podnieść słuchawkę tego przeznaczonego na taksówki i zaraz ktoś się tam zgłosił. Na taksówkę czekałam z 10 minut. Przyjechał młody chłopak i powiedziałam żeby mnie zabrał do Alice Springs gdzieś gdzie mogę skorzystać z Internetu ponieważ niestety, ale w moim hotelu jedyną możliwością skorzystania z Internetu był kiosk, który padł, a musiałam sprawdzić skrzynkę mailową. Jeszcze będąc w Sydney zarezerwowałam wycieczkę do Uluru, ale miałam problemy z zarezerwowaniem jej i to jest dosyć długa historia. W każdym bądź razie dzień wcześniej dostałam maila od organizatora tej wycieczki, że mi ją zarezerwują następnego dnia rano i dadzą znać. Tak więc jechałam do miasta może 5 minut i pan wysadził mnie koło kafejki internetowej i hura miałam potwierdzenie wycieczki. 

Zrobiłam zakupy w supermarkecie i szczerze mówiąc to był to pierwszy normalny supermarket w Australii jaki widziałam. Żadne tam małe sklepy 7-Eleven. I kto by pomyślał, że to się w Alice Springs stanie. A supermarket był ogromny i klimatyzowany oczywiście. 

Po zakupach szukałam miejsca, w którym by można zjeść jakiś obiad. Była niedziela i okazało się, że sklepy i restauracje były w większości pozamykane. Poza tym trzeba dodać, że Alice Springs to małe miasteczko. Tylko biura podróży działały, więc spokojnie można było sobie znaleźć jakieś wycieczki w razie gdyby z tą moją nic nie wypaliło. Znalazłam jedną restauracje, ale okazało się, że na przykład nie można tam wchodzić w japonkach. Luks, a w czym można w Alice Springs chodzić, jak nie w japonkach?:) W końcu udało się znaleźć jakieś miejsce. Zamówiłam lasagne z sałatką, bo wielkiego wyboru tam nie było, ale nie była taka zła. Jeszcze napiłam się flat coffee, która była supcio. Trochę tam siedziałam, bo w końcu miałam chwilę by siąść i nigdzie się nie spieszyć. Poza tym dało się odczuć, że jest niedziela, bo wszystko takie lazy dookoła, opustoszenie, cisza i spokój. Bardzo przyjemnie. Nawet sobie pomyślałam, że to całkiem ciekawe miejsce na pisanie książki. W ogóle Alice Springs jest świetnym miejscem do tego typu działalności. Po wyjściu stamtąd od razu udało mi się złapać taksówkę i pojechałam z powrotem do hotelu.

Po przyjeździe zaczęłam się zastanawiać nad moją rezerwacją wycieczki. Hotel, w którym się zatrzymałam należał do grupy Aurora hotels i jak pisałam maila do organizatora wycieczki to im napisałam, że zatrzymałam się właśnie w Aurora Hotel. W potwierdzeniu oni napisali mi, że mnie rano odbiorą właśnie z Aurora Hotel. Już w kafejce się nad tym zastanawiałam i napisałam im w mailu, że to jest jednak Heavitree Gap, ale nie miałam żadnej pewności, że odczytają maila na czas skoro była niedziela i tempo życia było tu wolniejsze niż w dużych miastach. Poszłam do recepcji by się upewnić czy Heavitree Gap i Aurora Hotel to to samo i oczywiście usłyszałam coś czego się spodziewałam czyli że to są dwa różne miejsca. Trochę się zdenerwowałam, ale pani pozwoliła mi zadzwonić do tej firmy u której rezerwowałam wycieczkę i jej powiedziałam, że mają mnie odebrać z Heavitree Gap. I chyba Bóg czuwał nade mną, że skojarzyłam fakty, bo tak by mnie nie znaleźli. Okazało się, że spod Heavitree Gap mieli mnie odebrać jeszcze wcześniej. Tak więc pomimo gorąca, blond włosów i osłabienia od opryszczki moja główka jednak stanęła na wysokości zadania. I moje umiejętności organizatora wycieczek nie straciły na swej reputacji.



Aborygeńska flaga 
Jak to załatwiłam to poszłam na chwilę na basen, a potem się przeszłam po całym tym ośrodku i porobiłam trochę zdjęć koło skał. Przeszłam po spękanej ziemi po której powinna płynąć rzeka Todd, ale śladu po niej nie było. Choć co ciekawe możliwe są nawet powodzie z jej udziałem.  Po drodze mijałam Aborygenów, po których widać było, że się im nie powodzi. Poszłam do Tawerny. Jakiś facet mnie skrzyczał, że trzymam kapelusz na stole. Jakieś dziwne zwyczaje tu maja, no ale „When in Rome do as Romans do”.

Wróciłam do hotelu i zjadłam kolację na balkonie z widokiem na skałę, podczas gdy z trawy wydobywały się śpiewy orkiestry jakichś stworzeń, których nazwać nie potrafię, ale była to piękna muzyka. Do tego jeśli jeszcze dodam, że niebo było pełne gwiazd, ciepło, natura wokół, lekki powiew wiatru to czy trzeba czegoś więcej do szczęścia? Zakochałam się w tym miejscu i już wiedziałam, że należało zaplanować tu dłuższy pobyt. Skrócić pobyt w Sydney, by tu pobyć choć jeden dzień dłużej, ale tego już się nie dało odwrócić. Ze względu na panujące upały w tym miejscu to ja nawet przed podróżą do Australii myślałam że w razie czego mogę z Alice Springs i Uluru zrezygnować. Gdybym to zrobiła to nigdy bym się nie dowiedziała jakie to cudowne miejsca, bo chyba najlepsze na trasie mojej podróży. A upał wcale nie był taki okropny i wszystko było do zniesienia. 


All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

No comments:

Post a Comment