Byłam pierwsza w tym busie i siadłam tuż za Ruth
więc mogłam obserwować cały czas drogę. Zjeździłyśmy najpierw Alice
Springs, by pozbierać innych wycieczkowiczów, co trochę trwało, zwłaszcza, że
jedni Anglicy - imprezowicze nieco zaspali i dwa razy po nich jechaliśmy. Było
nas w sumie 18 osób. Poza mną byli Holendrzy, Niemcy, Anglicy, Duńczycy, Szwajcarzy i Kanadyjka. Jak już
wszystkich pozbieraliśmy to pojechaliśmy do biura organizatora. Zapłaciłam za
wypożyczenie śpiwora i kupiłam jeszcze jedną wodę prosto z zamrażarki czyli krótko mówiąc prawdziwy lód.
No i jazda tak od 6 rano mniej więcej. Jechaliśmy autostradą
jednopasmową, ale nawierzchnia była super. Trudno było znaleźć samochód na
drodze i tak mijało się jakiś raz na pół godziny. Zupełne pustkowie i tym
bardziej dziwi, że się zdecydowano wybudować autostradę w takim miejscu, która
ciągła się i ciągła. Kto ją zbudował i jak długo im to zajęło to nie mam pojęcia,
ale podziwiam. Zwłaszcza, że tak rzadko się mija tam samochód, no ale jak się
już mija to się kierowcy tak ładnie pozdrawiają. Pewnie uradowani, że w końcu
jakiś człowiek się pojawił na horyzoncie. Do tego ta autostrada jest prawie
cały czas pusta, więc naprawdę można przysnąć, ale naszej dzielnej Ruth to się
nie zdarzyło. Na drodze dało się zauważyć trzy znaki drogowe:
1
GRID co oznaczało kratkę na drodze
2
CREST czyli wzniesienie
3
FLOODWAY czyli kanał przeciwpowodziowy
Niestety nie widziałam słynnego znaku z kangurem.
W trakcie jazdy była wizyta u Ruth na „dywaniku”. Siadało
się koło niej i podczas jazdy mówiło się coś o sobie.
Około 12 zatrzymaliśmy się na lunch. Ruth miała jedzenie w
przyczepie i trzeba było pokroić warzywa, chleb, mięso i można sobie było
zrobić kanapki. I pierwsze spotkanie z muchami.
Przejechaliśmy jeszcze kawałek i zatrzymaliśmy się przed Kings Canyon. Było upalnie, ale dało
się wytrzymać. Zdecydowałam się iść z wszystkimi na trasę która trwała 3,5
godziny. Trochę się bałam, że nie podołam, bo od tej opryszczki i tabletek
byłam osłabiona, ale gdybym nie spróbowała to bym potem żałowała.
Najpierw było trochę wspinaczki pod górę, ale tak z 20 minut
do pół godziny. Żar był coraz większy i grunt to było pić wodę żeby się nie
odwodnić. Najgorsze były te wściekłe muchy, których było pełno, a ja nie
miałam takiej specjalnej siatki jaką inni sobie po drodze zakupili. Trzeba
było je znosić cierpliwie, co było chwilami ciężkie. Jak się wspinaczka
skończyła to szło się po płaskim terenie. Ruth miała oczywiście tempo
nieziemskie więc tak mało czasu było na zachwycanie się skałkami i robienie
zdjęć, ale jakoś się udawało tego dokonać. Kolory skał były przepiękne. Poza
tym przyroda nienaruszona czyli spalone już drzewo leżało tam sobie i nikt go
stamtąd nie usuwał. Potem było jeszcze jeziorko, które sobie odpuściłam, co by
trochę sił odzyskać i dobrze mi to zrobiło. Całe przejście zajęło nam 3,5
godziny, ale naprawdę warto było, a trasa wcale nie jest trudna, bo poza
początkową wspinaczką to potem idzie się po płaskim terenie i schodzenie w dół
też jest całkiem przyjemne. Było upalnie, ale i tak najgorsze powietrze było na
samym dole. Strasznie duszno i zero wiatru, a jak zero wiatru to i muchy nie
dawały za wygraną. Najważniejsza była woda, którą starałam się cały czas pić.
Ruth od początku mówiła, że nie weźmie nikogo kto nie będzie mieć butelki 2
litrowej, bo to jest minimum jakie trzeba mieć.
Z Kings Canyon
ruszyliśmy w dalszą drogę. Nagle przed nami ukazała się góra. Oczywiście
wszyscy błędnie myśleli, że to Uluru, ale jak powiedziała Ruth to też jest góra
Aborygenów, ale nie taka popularna jak Uluru i trochę jest w jej cieniu.
Najpierw wszyscy się zachwycają jej widokiem, a jak się dowiadują że to nie
Uluru to emocje opadają. W końcu dojechaliśmy do Ayers Rock Resort i udaliśmy się w miejsce z którego był widok na Uluru i Kata Tjutę po drugiej stronie. Udało się zdążyć na zachód słońca.
Uluru było takie malutkie z tamtego miejsca, a Kata Tjuta jeszcze mniejsza.
Wróciliśmy do campingu, w którym zostaliśmy na noc. Mieliśmy
do dyspozycji jeden camping na którym wokół były domki, w których były po dwa
łóżka. Do tego jeszcze kuchnia do dyspozycji. Nieco dalej szło się do łazienek.
Mieliśmy wspólną kolację, którą przygotowała Ruth i nie chciała żadnej pomocy. Było mięso z
kangura, wołowina, kiełbaski, no i wiadomo jakieś warzywa. Po kolacji prysznic.
Były tam ostrzeżenia, że można spotkać węże, jaszczurki i inne ciekawe
stworzenia, ale na szczęście nic mnie nie zaatakowało. Wzięłam sobie SWAG i zdecydowałam że będę spać
pod gołym niebem właśnie na tym swagu, a na nim w śpiworze. Tylko kilka osób
się na podobną noc zdecydowało. Niebo było pełne gwiazd, było cieplutko, muchy
w końcu poszły spać, cisza. Jak usnęłam tak spałam i spałam aż do pobudki. I nikt
mnie w nocy nie zaatakował. Przynajmniej wciąż żyję w takim przeświadczeniu. Naprawdę
super ciepła i spokojna noc i jeśli kiedykolwiek się tam znajdziecie, to polecam spanie pod gołym niebem.
Polecam moje zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/22762999@N00/
All rights reserved - Copyright © Lagnese
Zapraszam na Facebook @ Lagnese Photography on Facebook








No comments:
Post a Comment