Tego dnia pojechałam na wycieczkę w Góry Błękitne, którą zarezerwowałam w hotelu kilka dni wcześniej. Pan kierowca tradycyjnie był też przewodnikiem.
Pierwszy przystanek był tuż za Sydney w miejscu znanym jako Featherdale Wildlife Park. Jak sama nazwa wskazuje miało to dużo wspólnego ze zwierzątkami. Miejsce było super. Były tam walabie i kangury, które można było karmić jakimiś zbożami czy ziarnami, które się nabierało do wafelka w jakich w Polsce je się lody. Było wcześnie rano więc zwierzątka nie były jeszcze przejedzone i chętnie korzystały z karmienia. A dodam, że one sobie tak normalnie wokół ludzi chodziły. Prawdziwy kontakt ze zwierzątkami. Koala były na drzewie i była do nich kolejka żeby sobie zdjęcie zrobić. Potem jeszcze trafiliśmy na karmienie krokodyla. Ponoć krokodyl jest bardzo leniwy i żeby go trochę rozruszać to najpierw pan dawał mu jedzenie, czyli jakiegoś kurczaka albo inne zwierzątko, które było na kiju po jednej stronie, a potem przeniósł się na drugą stronę żeby krokodyl trochę ruchu miał. Moment rzucenia się krokodyla na jedzenie odbył się tuż przed moimi oczami, a wszystko trwało ułamek sekundy. Krokodyl nawet trochę kija porwał.
Z innych zwierzątek to były jeszcze psy dingo, które naprawdę wydają się piękne i niewinne. Poza tym pamiętam jeszcze pawie, papugi i inne ptaki.
Nie ujechaliśmy zbyt długo jak znów wyszliśmy z autobusu. Tutaj pan kierowca porzucał sobie bumerangiem. Mówił, że to musi być specjalny bumerang żeby wracał, a nie takie jakie są w sklepach źle wyprofilowane i ze złym kątem. Kupiłam i sprawdziłam i działa. Miałam ogromną frajdę z zrzucania bumerangiem, co wypróbowałam będąc już w Anglii i Polsce, ale pewnego dnia mój bumerang się złamał na pół. Prawie ze łzami w oczach pozbierałam go i udało się go skleić, ale od tego czasu bumerang przeszedł na emeryturę i już nim nie rzucam.
Pojechaliśmy dalej do miejscowości Wentworth Falls na lunch, który był wliczony w cenę wycieczki. Tam w motelu mieliśmy lunch: szwedzki stół. Można sobie było wybrać jedzenia ile się chciało, a jedzenie było bardzo, ale to bardzo smaczne. Była sałatka, zapiekany makaron, ryż, podgrzane warzywa, mięso, owoce. Wszystko mi tam smakowało, a arbuz był tak soczysty i słodki, że do dziś za nim tęsknię. Jeszcze się kawy napiłam. A na koniec dostaliśmy gałkę lodów na deser. Wow. Naprawdę full wypas.
Wyruszyliśmy w dalszą drogę i dojechaliśmy do Echo Point – punktu w Górach Błękitnych skąd jest świetny widok na najwyższą górę - Trzy Siostry. Szczerze mówiąc widok był taki sobie ze względu na widoczność, która nie była najlepsza.
Potem pojechaliśmy do Scenic World. Kupiłam bilet i zjechałam kolejką w dół, co było całkiem fajne, gdyby nie to, że trwało to strasznie krótko. Jak wysiadłam to zrobiłam sobie walkway czyli przejście oczywiście wybrałam najdłuższą trasę w wyniku czego musiałam potem niemal biec, by zdążyć na umówioną godzinę. Trasa jest tam wytyczona i idzie się po deskach, a wokół drzewa. Potem cableway czyli taką kolejką linową wyjechałam na górę w ramach tego biletu.
Wyruszyliśmy w dalszą drogę i dojechaliśmy do Echo Point – punktu w Górach Błękitnych skąd jest świetny widok na najwyższą górę - Trzy Siostry. Szczerze mówiąc widok był taki sobie ze względu na widoczność, która nie była najlepsza.
![]() |
| Trzy Siostry |
Potem pojechaliśmy do Scenic World. Kupiłam bilet i zjechałam kolejką w dół, co było całkiem fajne, gdyby nie to, że trwało to strasznie krótko. Jak wysiadłam to zrobiłam sobie walkway czyli przejście oczywiście wybrałam najdłuższą trasę w wyniku czego musiałam potem niemal biec, by zdążyć na umówioną godzinę. Trasa jest tam wytyczona i idzie się po deskach, a wokół drzewa. Potem cableway czyli taką kolejką linową wyjechałam na górę w ramach tego biletu.
Pojechaliśmy kawałek do następnego punktu wycieczki gdzie można było sobie zobaczyć wodospad. Były dwie trasy. Oczywiście wybrałam tą trudniejsza (niby) i dłuższą czyli schodzenie w dół po schodkach. Tempo było nieziemskie, bo oczywiście byłam ograniczona czasowo, więc po dotarciu trochę zdjęć i z powrotem na górę.
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscowości Leura, gdzie skussiłam sie na latte i torcik czekoladowy.
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscowości Leura, gdzie skussiłam sie na latte i torcik czekoladowy.
Potem powrót do Sydney. W stacji Sydney Olympic Park przesiedliśmy się na statek Matilda. Wszystko to zapewne dlatego, iż podróż autobusem przez miasto trwałaby o wiele dłużej niż statkiem. Można było sobie wysiąść w Darling Harbour lub w Circular Quay. Ja wybrałam tą drugą opcję ponieważ chciałam ponownie zrobić sesję nocną nad zatoką.
![]() |
| Darling Harbour |
Polecam moje zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/22762999@N00/









No comments:
Post a Comment