Biedna ta góra, bo nawet o poranku musi wyglądać pięknie
skoro tylu ludzi chce ją uwiecznić na zdjęciach. (A kto wygląda pięknie
rano?:-) Uluru jest pomarańczowe, a nie czerwone, więc zdjęcia też czasem
kłamią. Oczywiście kolor Uluru może się zmieniać dzięki słońcu – taki mały
rumieniec nieśmiałej dziewczyny.
Jak już wszyscy się nacieszyli wschodem słońca nad Uluru to
pojechaliśmy kawałek dalej na parking i stamtąd udaliśmy się na wędrówkę wokół
Uluru, która zajęła nam około 2,5 godziny. W tym czasie dzielna Ruth spała
sobie w busie i łapała energię na resztę dnia.
W zasadzie istnieje możliwość wspinaczki na Uluru, ale
prawda jest taka, że Aborygeni nie chętnie na to pozwalają. Uluru jest dla nich
świętą górą i rzadko kiedy do tej wspinaczki dochodzi. Jest tam zamontowana
specjalna lina, która pomaga się wspinać, lecz podobno nie jest to do końca
bezpieczne i jest trochę śmiertelnych przypadków. Ja to zupełnie rozumiem, ale
uważam że w tej sytuacji powinno się zupełnie zrezygnować z takiej atrakcji
skoro ona praktycznie nie istnieje.
Samo obejście góry wokół wydaje mi
się o wiele ciekawsze niz wspinaczka. Tym bardziej, że ta góra ma wiele różnych twarzy. Jak
się zaczyna iść wokół tej góry to najpierw idzie się taką ścieżką, która jest
dosyć daleko od samego Uluru, ale w końcu dochodzi się i do takich momentów
gdzie można nawet tą górę dotknąć. Co chwila pojawiają się znaki, na których
jest zakaz fotografowania, jako że dane miejsce jest wyjątkowo
święte dla Aborygenów. Nieustannie podczas wędrówki towarzyszyły mi muchy.
Tylko wiejący wiatr je na chwilę przeganiał, ale gdy go nie było to całe stada
atakowały. Muszę przyznać, że Uluru jest naprawdę śliczne, bo jak już
powiedziałam ma wiele twarzy i wiele kolorów i naprawdę warte jest obejścia.
Tym bardziej, że jest to miła wędrówka po płaskim terenie, a widoki i kolory są
naprawdę tego warte. Jest tam też takie miejsce gdzie na skałach są wyryte
różne znaki i obrazki poprzez które Aborygeni się komunikowali.
Co kawałek
pojawiają się też mapy informujące w którym miejscu się aktualnie znajdujemy o
czym informuje pinezka przypięta w odpowiednim miejscu.
Z Uluru znanej
tez pod nazwą Ayers Rock
pojechaliśmy kawałek dalej (jakieś 30 minut, a 25 kilometrów) do innej
aborygeńskiej góry Kata Tjuty zwanej
też The Olgas.
Aborygeńska nazwa
Kata Tjuta oznacza „wiele głów”, bo niejako składa się z wielu skał. Najwyższy
szczyt to właśnie Mount Olga nazwana
tak przez człowieka o imieniu Ernest Giles, który nazwał ją na cześć królowej
Olgi z Wurttembergu. Kata Tjuta znajduje się około 355 kilometrów od Alice
Springs. Przeszliśmy sobie szlakiem zwanym Doliną
Wiatrów (Valley of the Winds). Szło się całkiem przyjemnie. Ładne widoki,
cisza, spokój, piękne kolory skał. Bardzo mi się tam podobało. To niesamowite,
bo w każdym z tych miejsc, w którym byliśmy było dosyć dużo różnych wycieczek,
a tymczasem i tak jakoś tak się wszyscy organizowali, że miało się wrażenie
jakbyśmy sami tam byli. I naprawdę dało się doświadczyć obcowania z przyrodą.
Z Kata Tjuty
wróciliśmy do Ayers Rock Resort,
czyli do naszego campingu na bardzo szybki lunch. I tutaj wycieczka się
rozdzieliła na dwie grupy. Większość kontynuowała swoją wycieczkę dalej do Adelajdy, a ci
którzy tak jak ja byli na dwudniowej wycieczce dołączyli do innej grupy, która
też wracała do Alice Springs. Z mojej grupy 7 osób wracało do Alice Springs.
Nasz nowy bus był bombowy, bo bez klimatyzacji!!!
Nasz nowy kierowca Ben też
był bombowy. Jechaliśmy z otwartymi oknami i wiał wiatr i dało się jakoś
wytrzymać. Myślałam, ze będzie gorzej bez klimatyzacji. Problemem był natomiast
brak wody. Co prawda miałam wodę, bo można było sobie nawet na campingu napełnić tam
butelkę, ale ona była tak ciepła, że aż nieprzyjemna do picia i o niczym tak
nie marzyłam jak o czymś zimnym do picia. Jechaliśmy z dwie godziny przy
otwartych oknach przez które wpływało ciepłe powietrze. Chciało się pić bardzo
i nawet trudno było się na czymś innym skupić, bo wszystko w mojej głowie sprowadzało się do myślenia o wodzie. A tu droga
bez żadnych zabudowań i „ nie ma, nie ma wody w Outback Australii”. W końcu po
jakichś dwóch godzinach nastąpił skręt w lewo. OH YEAH!!! Stacja benzynowa =
woda!!!! Kupiłam zimną Ice Tea i
wypiłam ją jednym łykiem. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak spragniona
(chyba w Rzymie), a wypicie czegoś zimnego było jak powrót do życia. Powrót do nieklimatyzowanego busa po napiciu się czegoś normalnego już
nie był taki straszny. Ku mojemu zdziwieniu przed nami było jeszcze tylko 2
godziny drogi. Myślałam, że dłużej będziemy jechać skoro w tamtą stronę tak długo
jechaliśmy. W sumie z Ayers Rock Resort
to było jakieś 350 kilometrów. Zostałam odtransportowana jako pierwsza, bo wiadomo ma się te znajomości. Na koniec dodam, że wszyscy byli bardzo mili i w ogóle
wycieczka była super, a wykupiłam ją w firmie OzExperience.
Kocham australijski Outback i trudno mi nawet wyrazić jak piękne jest to miejsce.
Polecam moje zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/22762999@N00/






No comments:
Post a Comment