Thursday, December 6, 2012

Uluru, Kata Tjuta - Alice Springs - 24/02/2009

Pobudka o 4:30. Toaleta, śniadanie i szybko wyjazd. Zatrzymaliśmy się w pierwszym miejscu, by podziwiać Uluru jeszcze przed wschodem słońca. Zaraz potem pojechaliśmy do właściwego miejsca na wschód słońca gdzie było pełno turystów, którzy przyjechali z tym samym zamiarem. 

Biedna ta góra, bo nawet o poranku musi wyglądać pięknie skoro tylu ludzi chce ją uwiecznić na zdjęciach. (A kto wygląda pięknie rano?:-) Uluru jest pomarańczowe, a nie czerwone, więc zdjęcia też czasem kłamią. Oczywiście kolor Uluru może się zmieniać dzięki słońcu – taki mały rumieniec nieśmiałej dziewczyny.


Jak już wszyscy się nacieszyli wschodem słońca nad Uluru to pojechaliśmy kawałek dalej na parking i stamtąd udaliśmy się na wędrówkę wokół Uluru, która zajęła nam około 2,5 godziny. W tym czasie dzielna Ruth spała sobie w busie i łapała energię na resztę dnia.
W zasadzie istnieje możliwość wspinaczki na Uluru, ale prawda jest taka, że Aborygeni nie chętnie na to pozwalają. Uluru jest dla nich świętą górą i rzadko kiedy do tej wspinaczki dochodzi. Jest tam zamontowana specjalna lina, która pomaga się wspinać, lecz podobno nie jest to do końca bezpieczne i jest trochę śmiertelnych przypadków. Ja to zupełnie rozumiem, ale uważam że w tej sytuacji powinno się zupełnie zrezygnować z takiej atrakcji skoro ona praktycznie nie istnieje. 




Samo obejście góry wokół wydaje mi się o wiele ciekawsze niz wspinaczka. Tym bardziej, że ta góra ma wiele różnych twarzy. Jak się zaczyna iść wokół tej góry to najpierw idzie się taką ścieżką, która jest dosyć daleko od samego Uluru, ale w końcu dochodzi się i do takich momentów gdzie można nawet tą górę dotknąć. Co chwila pojawiają się znaki, na których jest zakaz fotografowania, jako że dane miejsce jest wyjątkowo święte dla Aborygenów. Nieustannie podczas wędrówki towarzyszyły mi muchy. Tylko wiejący wiatr je na chwilę przeganiał, ale gdy go nie było to całe stada atakowały. Muszę przyznać, że Uluru jest naprawdę śliczne, bo jak już powiedziałam ma wiele twarzy i wiele kolorów i naprawdę warte jest obejścia. Tym bardziej, że jest to miła wędrówka po płaskim terenie, a widoki i kolory są naprawdę tego warte. Jest tam też takie miejsce gdzie na skałach są wyryte różne znaki i obrazki poprzez które Aborygeni się komunikowali. 


Co kawałek pojawiają się też mapy informujące w którym miejscu się aktualnie znajdujemy o czym informuje pinezka przypięta w odpowiednim miejscu.


Z Uluru znanej tez pod nazwą Ayers Rock pojechaliśmy kawałek dalej (jakieś 30 minut, a 25 kilometrów) do innej aborygeńskiej góry Kata Tjuty zwanej też The Olgas

Aborygeńska nazwa Kata Tjuta oznacza „wiele głów”, bo niejako składa się z wielu skał. Najwyższy szczyt to właśnie Mount Olga nazwana tak przez człowieka o imieniu Ernest Giles, który nazwał ją na cześć królowej Olgi z Wurttembergu. Kata Tjuta znajduje się około 355 kilometrów od Alice Springs. Przeszliśmy sobie szlakiem zwanym Doliną Wiatrów (Valley of the Winds). Szło się całkiem przyjemnie. Ładne widoki, cisza, spokój, piękne kolory skał. Bardzo mi się tam podobało. To niesamowite, bo w każdym z tych miejsc, w którym byliśmy było dosyć dużo różnych wycieczek, a tymczasem i tak jakoś tak się wszyscy organizowali, że miało się wrażenie jakbyśmy sami tam byli. I naprawdę dało się doświadczyć obcowania z przyrodą.

Z Kata Tjuty wróciliśmy do Ayers Rock Resort, czyli do naszego campingu na bardzo szybki lunch. I tutaj wycieczka się rozdzieliła na dwie grupy. Większość kontynuowała swoją wycieczkę dalej do Adelajdy, a ci którzy tak jak ja byli na dwudniowej wycieczce dołączyli do innej grupy, która też wracała do Alice Springs. Z mojej grupy 7 osób wracało do Alice Springs. Nasz nowy bus był bombowy, bo bez klimatyzacji!!! 


Nasz nowy kierowca Ben też był bombowy. Jechaliśmy z otwartymi oknami i wiał wiatr i dało się jakoś wytrzymać. Myślałam, ze będzie gorzej bez klimatyzacji. Problemem był natomiast brak wody. Co prawda miałam wodę, bo można było sobie nawet na campingu napełnić tam butelkę, ale ona była tak ciepła, że aż nieprzyjemna do picia i o niczym tak nie marzyłam jak o czymś zimnym do picia. Jechaliśmy z dwie godziny przy otwartych oknach przez które wpływało ciepłe powietrze. Chciało się pić bardzo i nawet trudno było się na czymś innym skupić, bo wszystko w mojej głowie sprowadzało się do myślenia o wodzie. A tu droga bez żadnych zabudowań i „ nie ma, nie ma wody w Outback Australii”. W końcu po jakichś dwóch godzinach nastąpił skręt w lewo. OH YEAH!!! Stacja benzynowa = woda!!!! Kupiłam zimną Ice Tea i wypiłam ją jednym łykiem. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak spragniona (chyba w Rzymie), a wypicie czegoś zimnego było jak powrót do życia. Powrót do nieklimatyzowanego busa po napiciu się czegoś normalnego już nie był taki straszny. Ku mojemu zdziwieniu przed nami było jeszcze tylko 2 godziny drogi. Myślałam, że dłużej będziemy jechać skoro w tamtą stronę tak długo jechaliśmy. W sumie z Ayers Rock Resort to było jakieś 350 kilometrów. Zostałam odtransportowana jako pierwsza, bo wiadomo ma się te znajomości. Na koniec dodam, że wszyscy byli bardzo mili i w ogóle wycieczka była super, a wykupiłam ją w firmie OzExperience

Kocham australijski Outback i trudno mi nawet wyrazić jak piękne jest to miejsce. 


All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

No comments:

Post a Comment