Red Centre
Ta gwiaździsta noc
W ciepłym Alice Springs
Gdzie błogi spokój
I śpiew wydobywający się z trawy
Był balsamem dla mej duszy
Ten aborygeński raj
Gdzie gwiazdy jak najpiękniejsze fotografie
Zachwycały me oczy
A wewnętrzny spokój
Czynił mnie istotą szczęśliwą
To czerwone centrum Australii
Wbiło mi się w serce
I tkwi w nim do dzisiaj
Kocham i tęsknię
Za tym krajem do góry nogami
Lagnese
Rano po wymeldowaniu się z hotelu z racji tego, ze wciąż miałam sporo czasu do odlotu mojego samolotu udałam się na basen. W wodzie było super, bo było upalnie, ale w basenie się
tego nie czuło. Poza mną było tam tylko kilka osób więc było bardzo przyjemnie i
spokojnie.
Około 13 zamówiłam taksówkę. Trochę za wcześnie, ale stało
się. Przyjechała taksówkarka Karina i nie umiała wymówić mojego nazwiska. O
nie, takie proste przecież jest. Na lotnisku były pustki przez duże P. Byłam tam 2,5 godziny przed
wylotem, a pewnie pół godziny przed spokojnie by wystarczyło, bo to jest bardzo kameralne lotnisko. Do tego jest naprawdę prześliczne z dywanami w aborygeńskie wzory na podłodze i tak bardzo tam było przytulnie.
W samym
Alice Springs mieszka z 28 000 mieszkańców, więc tyle co turyści tu
przybywają. Zjadłam lasagne chyba trzecią podczas mojego
pobytu w Australii. Dostałam od pani takie
urządzenie z numerem 18, które jak zamówienie było gotowe to ono zaczynało dzwonić
niczym telefon komórkowy i należało podejść do niej, oddać to urządzenie i odebrać
zamówienie. Wszystko byłoby dla mnie całkiem logiczne gdyby nie to, że byłam tam chyba jedyna klientką w tym momencie. No ale cóż trzeba korzystać z postępów
cywilizacji.
Trochę tam
siedziałam, ale czas dosyć szybko minął. Jacyś turyści się zaczęli w końcu
pojawiać. Ogólnie leciało bardzo mało osób – może pół samolotu, albo i mniej. Lecieliśmy Boeing
717. Jeszcze mniejszy niż ten co ma Easy
Jet, bo zamiast 6 siedzeń było tylko 5 w rzędzie. Jest różnica lecieć takim
małym samolotem, bo jakiś taki lekki jest jak się rozpędza i nie ma takiego
oporu. No tu fizyka się kłania, ale co ja tam wiem. Oczywiście leciałam Qantasem. Wylot był o 16:15. Stewardessy
miały oczywiście te swoje aborygeńśkie stroje, ale tym razem w kolorze
brunatnym jak przystało na serce Australii. Oczywiście zaraz pojawiło się
jedzenie przekąska, a potem na lunch gorące danie: ryż, groszek, coś z mięsem w
sosie, woda z cytryną, bułeczka z masłem, czekoladka miętowa, herbatka. „Stoliczku Qantasa nakryj się i on się
nakrywa”:)
Pod koniec lotu coś się ciemno zaczęło robić w tym
samolocie, ale dolecieliśmy szczęśliwie na wieczór do Cairns około 18:50. Gdyby ktoś nie wiedział Cairns znajduje się w północno - wschodniej Australii w stanie Queensland. Wysiadłam z samolotu po schodkach i uderzyło
mnie dziwne wilgotne powietrze. Różnica czasu + 30 minut w stosunku do Alice
Springs. Po przylocie i odebraniu bagażu zadzwoniłam do hotelu żeby po mnie przyjechali, co było w cenie hotelu. Okazało się, że mają swój własny bus. Chwilkę czekałam przed
lotniskiem na tego busa, a stamtąd do hotelu Bohemia Resort, w którym się zatrzymałam. Jechaliśmy około 5
minut, a więc mój hotel było bardzo blisko lotniska, a może to Cairns jest po prostu małe. Szybkie check-in w
recepcji, choć muszę powiedzieć, że obsługa tam była taka sobie i zdania do
końca o nich nie zmieniłam. Poza tym, że sam hotel - super. Było tam kilka
domów albo małych bloków, w których były różne pokoje. Do mojego domu szło się
wokół palm i innych pięknych drzew jak na tropik przystało. Po lewej stronie
był basen, a przed nim bar, telewizja, bilard, grill, a więc takie miejsce
imprezowe.
W recepcji zarezerwowałam wycieczkę na jutro do Kurandy i tak minął mi kolejny dzień w Australii, znów w innym miejscu i znów gotowa na nowe miejsca i przygody.
Polecam moje zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/22762999@N00/


No comments:
Post a Comment