Thursday, November 22, 2012

Great Ocean Road, Australia 14/02/2009

Po raz pierwszy w Australii pobudka o 7 rano, a już o 8:10 przyjechał mój bus pod hostel i zabrał mnie na wycieczkę wzdłuż oceanu, którą zarezerwowałam dwa dni wcześniej w hostelu.


Tablica rejestracyjna mojego busa

Kierowca Simon, był również naszym przewodnikiem. W busie było może 25 osób. Naprzeciw mnie siedział jakiś Azjata w kurtce, który przez całą wycieczkę nie rozstawał się ze swoją komórką i raz po raz wyciągał swój mały aparat fotograficzny, robił zdjęcie przez szybę busa, po czym chował go do etui, by za chwilę znów go wyciągnąć, strzelić fotkę i znów do etui. I tak przez całą jazdę. Całkiem śmieszny widok.

Opuściliśmy Melbourne przez Bolte Bridge i udaliśmy się w kierunku Geelong - drugiego, co do wielkości miasta w stanie Wiktoria. Kiedyś było ono największym miastem i odgrywało większą rolę, niż Melbourne, ale gorączka złota zmieniła ten stan rzeczy. Za Geelong był nasz pierwszy przystanek w miejscu, które nazywa się Bells Beach, które słynie z surferów. Stamtąd był przepiękny widok na ocean i skały. 



Bells Beach

Kolejny raz zatrzymaliśmy się w miejscu z białą latarnią morską. Widoki były tam jeszcze piękniejsze niż w Bells Beach, ale czasu było mało i trzeba było się strasznie spieszyć. 


Latarnia



Potem dalsza jazda wzdłuż oceanu po lewej stronie, a po prawej nieraz wysokie skały, a więc widoki zupełnie nieziemskie. Zatrzymaliśmy się w miejscu, w którym na drzewach mieszkały papugi i inne ptaki oraz koala. I tak oto zaliczyłam pierwsze spotkanie z tym australijskim leniuszkiem, który tylko je i śpi. Można pozazdrościć, ale na krótko. 




Po przejechaniu kolejnego odcinka drogi zatrzymaliśmy się na lunch, który był we własnym zakresie w Apollo Bay. Mieliśmy godzinę przerwy i poszłam nad ocean. Piasek był tak nagrzany, że aż prażył w nogi. Posiedziałam chwilę na plaży, poobserwowałam surferów i ogólnie mówiąc to było bardzo przyjemne miejsce, bo słońce, fale i spokój. Pełen relaks, zero pośpiechu, chociaż ja akurat musiałam nieco kontrolować czas. :)



Apollo Bay

Czekając na innych rozmawiałam chwilę z kierowcą Simonem i jak się dowiedział skąd jestem powiedział do mnie po polsku: "Daj mi buzi". SZOK. Ups. Okazało się, że jego dziadek był zaręczony z Polką i ona tak do niego mówiła. No nieźle. I znów jazda busem. Poza oceanem i skałami, spalona trawa, pousychane i połamane drzewa, ale nikt tu nie ingeruje w przyrodę. Domy dziwne jak dla mnie, bo skojarzyły mi się z polskimi domkami działkowymi, tylko może nieco większe. No, ale wiadomo klimat inny, to po co im domy z betonu.

Kolejną atrakcją wycieczki był las deszczowy, po którym przeszliśmy się wytyczonym szlakiem. Według Simona to tu, a nie w Stanach Zjednoczonych są najwyższe drzewa, no nie wiem nie wiem, ale wysokie były. 


Stamtąd pojechaliśmy już do Port Campbell National Park, gdzie znajduje się Twelve Apostles. Przybyliśmy tam około godziny 15, więc jak widać trochę z tego Melbourne jechaliśmy. Można było wykupić sobie lot helikopterem, ale w sumie dobrze, że się na to nie zdecydowałam, bo wówczas nie byłoby już czasu na zdjęcia, a tak to mogłam sobie połazić i porobić zdjęcia. 



Twelve Apostles w parku Narodowym Port Campbell

Widoczność z jednej strony była taka sobie, ale z drugiej strony już nie można było na nią narzekać. Jest tam dosyć spory kawałek do przejścia, ale nie można zejść na dół.


Dwunastu Apostołów


Dwunastu Apostołów


Dwunastu Apostołów



Po danym nam czasie krótka przejażdżka do kolejnego miejsca zwanego Lorch Ard Gorge. I tu był mały sprint. Najpierw udałam się na lewo i obeszłam tam dookoła ile się tylko dało. Cudowne widoki, a potem sprint w prawo, bo kończył mi się czas i szybko po schodkach na dół. Tutaj było prawdziwe cudo: skały wokół, ocean i gorący piasek. Szkoda tylko, ze było tak mało czasu, ale udało się pobiegać po piasku i oczywiście zrobić trochę zdjęć. A zaraz potem szybko po schodkach na górę do busa. Uff. 










Znów króciutka jazda i kolejne ostatnie już miejsce, w którym była skała nosząca nazwę London Bridge, bo rzeczywiście kształtem przypominał most. 


London Bridge

Stamtąd już jazda z powrotem do Melbourne, ale inną trasą już nie wzdłuż oceanu. Fakt trochę ta nasza jazda wzdłuż oceanu trwała i nawet nie spodziewałam się, że to tak daleko od Melbourne, a ponieważ to była jednodniowa wycieczka no to wiadomo, że  żeby wszystko zobaczyć to trzeba było się spieszyć, co czasami nie było przyjemne i pewnie, że wolałabym wszystkim na spokojnie się nacieszyć, ale i tak wycieczka była bardzo udana, a widoki olśniewające.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w miejscowości Colac na obiad. A potem kolejne 2 godzinki w busie gdzie niemal wszyscy padali ze zmęczenia i przysypiali. Do Melbourne dojechaliśmy około 20:30. Kierowca rozwoził wszystkich po hotelach, więc trochę jeszcze pojeździłam po Melbourne zanim około 21 dotarłam do mojego hostelu zmęczona, ale zadowolona, bo za taką cenę - tyle atrakcji i pięknych widoków to  naprawdę warto. 




All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Saturday, November 17, 2012

Melbourne, Australia 13/02/2009

Kolejny dzień w Melbourne. I jazda tramwajem do Royal Botanic Gardens, czyli Królewskich Ogrodów Botanicznych. Najpierw pomnik Shrine of Remembrance - to pomnik ku czci poległych mieszkańców stanu Wiktoria w czasie I wojny światowej. Stamtąd rozpościera się ładny widok na drapacze chmur Melbourne. Tuż nieopodal położone są Królewskie Ogrody Botaniczne.


Żółte znaki drogowe
Królewskie Ogrody Botaniczne w Melbourne

Co ciekawe Ogród Botaniczny jest za darmo i tym się różni Australia od Europy, że nie na wszystkim zbijają tu kasę i to jest piękne. Przeszłam cały ogród, co zajęło mi trochę czasu. Niestety upały i susza dały o sobie znać i wiele roślin było pousychanych. Tu, tak jak i w Anglii ludzie urządzają sobie pikniki na trawie. I wcale się nie dziwie, bo to takie spokojne miejsce na odpoczynek. Oj kiedy i w Polsce będzie można obcować z naturą tzn przynajmniej posiedzieć sobie na trawie i nie zapłacić za to jakiegoś mandatu. Wracając do ogrodu, to trzeba tu uważać na kaktusy. Miałam bliższe spotkanie z jednym z nich i jeszcze pod koniec dnia odczuwałam jego obecność, bo mi się zdjęć zachciało. 


Królewskie Ogrody Botaniczne w Melbourne

Po wyjściu z ogrodu, przeszłam przez most, a potem obok Parku Olimpijskiego. Dla przypomnienia Olimpiada w Melbourne odbyła się w 1965 roku, a więc czasy nieco odległe i sama nie mam prawa tego pamiętać, bo mnie na świecie jeszcze nie było. Co innego z Olimpiadą w Sydney, którą oglądałam i która jeszcze bardziej pogłębiła moją miłość do Australii. 

Kiedy wyłoniła się Rod Laver Arena, to już nic więcej nie trzeba było mi do szczęścia. Kocham tenis i kto wie, czy gdyby nie on to czy bym pojechała do Australii. Kiedy w 1999 roku oglądałam na Eurosporcie Australian Open w tenisie, to zakochałam się w tym sporcie i w Australii. Nagle odkryłam świat tenisa, Martinę Hingis, Annę Kournikovą, siostry Williams czy Nicolasa Lappenttiego i zafascynowałam się tym światem. Tenis uwielbiam i Australian Open jest moim ulubionym turniejem wielkoszlemowym. Trudno powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że to początek nowego sezonu, pierwszy turniej wielkoszlemowy, a więc nowe szanse i nadzieje dla wszystkich tenisistów, a może dlatego, że tam jest wtedy lato kiedy my tu w Europie marzniemy pod kocem, a do tego ta niesamowita atmosfera tworzona przez kolorowych i nastawionych na zabawę kibiców. I do dziś potrafię nie spać w nocy żeby oglądać mecze z Australii, albo budzić się wcześnie rano by włączyć telewizor i zobaczyć sesję wieczorną. Oczywiście moim marzeniem było pojechać do Australii i przywitać Nowy Rok w Sydney (ze względy na najlepszy noworoczny pokaz sztucznych ogni na świecie) i być w Melbourne podczas gdy rozgrywany jest Australian Open, ale w życiu nie można mieć wszystkiego. Może kiedyś się uda:) Przyjechałam tam niespełna dwa tygodnie po turnieju i było pusto i spokojnie, ale i tak cudownie było być w tym miejscu gdzie to wszystko się rozgrywa. W Rod Laver Arena  nie było już kortu. Jest on przygotowywany tylko na turniej, a w pozostałym czasie odbywają się tam inne zawody sportowe tudzież koncerty. W pustym korytarzu były portrety zwycięzców Australian Open. Z kolei kort Margaret Court Arena (drugi co do ważności) okazał się być mniejszy niż w telewizji. Nie pierwszy raz mogę powiedzieć, że telewizja kłamie. Można było sobie zejść na dół, co prawda nie na sam kort, ale i tak świetnie, że to było otworzone i można było się tam przespacerować. A z tego kortu świetny widok na biznesowe centrum Melbourne, a więc drapacze chmur w tle.



Kort Margaret Court Arena

Wieczorem znów wyjście na plaże. To taki plus mieszkania w St Kilda blisko zatoki. Nie ukrywam, że polubiłam St Kilda ze względu na bliskość plaży i zatoki, jak też wakacyjną atmosferę Acland Street. I może poświecę kilka słów tej dzielnicy Melbourne. St Kilda położona jest 6 kilometrów od biznesowego centrum Melbourne. W czasach wiktoriańskich mieszkała tu elita Melbourne. Natomiast po wojnie St Kilda stała się dzielnicą domów publicznych, by w latach 70 i 80 ubiegłego stulecia stać się domem dla wielu subkultur młodzieżowych, artystów, czy muzyków. Ostatnimi czasy St Kilda podniosła swój status i stała się miejscem, w którym chętnie zatrzymują się młodzi turyści przez co miejsce to straciło nieco na swym artystycznym charakterze. Nazwa St Kilda pochodzi od nazwy statku The Lady of St Kilda, który przypłynął do Melburne w lipcu 1841 roku w pięć lat po założeniu miasta Melbourne. Statek był własnością Sir Thomas Dyke Acland od którego nazwę otrzymała słynna ulica handlowa Acland Street. Natomiast nazwa statku jest związana z nazwą wyspy St Kilda w Szkocji. 


St Kilda
St Kilda

11 września 2003 roku stary kiosk znany jako St Kilda Pavilion znajdujący się na molo w St Kilda spłonął w wyniku podpalenia. Został on jednak odbudowany na wzór kiosku z 1903 roku kiedy to został zbudowany po raz pierwszy. Ulica Acland Street wypełniona jest restauracjami, cukierniami, lodziarniami i innymi sklepami, a życie tętni na niej nieustannie i często trudno jest znaleźć tam wolne miejsce. Tutaj też pośród innych cukierni znajduje się polska cukiernia Europa. A nieopodal króluje Luna Park



All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Monday, November 12, 2012

Melbourne, Australia 12/09/2009

Pierwszy poranek w Australii. Ku mojemu zaskoczeniu nie cierpiałam na jetlag. I to był szok, bo tyle się naczytałam, że u niektórych trwa tydzień i dłużej zanim się przyzwyczają do nowej strefy czasowej i klimatycznej. I po co było tyle czytać? U mnie po jetlagu nie było ani śladu. Nie wiem czy to dlatego, że ten lot był tak świetnie dopasowany i że coś tam w samolocie spałam, a jak przyjechałam to od razu była noc. Żadnego bólu głowy czy senności - jakby nic się nie zmieniło. A jednak byłam w Australii!!! Było lato i miałam japonki na nogach, a smsy z zasypanej śniegiem Polsce wydawały mi się nierealne, no bo niby jak to możliwe skoro tu słońce, ciepło i wakacje. 

Pojechałam do centrum tramwajem. Przeszłam ulicą Flinders aż do słynnego dworca kolejowego Flinders Street Station, przez Federation Square do rzeki Yarra. I pierwsze zaskoczenie to palmy, które jakoś nie kojarzyły mi się z Australią, a tu okazało się, że całkiem ich sporo mają. Cały teren wzdłuż rzeki Yarra jest biznesowym miejscem gdzie pełno drapaczy chmur, a w okolicach lunchu mnóstwo ludzi w garniturach. 



Flinders Street Station

Na ulicy Flinders wsiadłam w bezpłatny tramwaj City Circle Tram, który jeździ sobie dookoła w samym centrum Melbourne. W trakcie jazdy jest puszczany komentarz dotyczący mijanych miejsc. Sam tramwaj jest stary i zabytkowy. Pojechałam nim do Docklands - dzielnicy portowej. 


Southern Star

Chciałam pójść do Southern Star - koła obserwacyjnego niczym London Eye. To największe koło na południowej półkuli. Niestety koło było zamknięte na czas nieokreślony. Ponoć zostało uszkodzone w czasie upałów, choć inni twierdzą, że to wina operatora budowy. Co ciekawe koło zostało otwarte 20 grudnia 2008 roku, a już w styczniu 2009 zostało zamknięte, a cały koszt budowy to jedyne AU$100 milionów. Do tego tuż przed kołem znajduje się pasaż handlowy Waterfront City Precinct ze sklepami, które według taksówkarza, który mnie wiózł pod koniec mojej australijskiej wyprawy zostało zamknięte ze względu na nieczynne koło i brak odwiedzających. Tyle pieniędzy zmarnowali. Sprawdzałam na internecie i dalej trwają pracę naprawcze i wciąż brak daty ponownego otwarcia. Choć szczerze mówiąc to nawet gdybym znów była w Melbourne i Koło działało to ja na pewno bym nie skorzystała, bo po tylu latach i tak długiej naprawie to jakoś wątpię żeby wiedzieli w czym tkwi problem. 

Sam port zwłaszcza New Quay Wharf i Victoria Harbour jest naprawdę ładny z łódkami i robiącymi wrażenie budynkami mieszkalnymi tuż przy zatoce. Z portu widać też most Bolte Bridge ciągnący się nad zatoką Wiktorii i rzeką Yarra. 



Docklands

Przeszłam jeszcze kawałek Harbour Esplanade po drodze mijając drzewo na którym była krowa. Oczywiście uspokajam nie prawdziwa, sztuka po prostu, ale wyglądało to dość zabawnie.

Wsiadłam z powrotem w tramwaj City Circle Tram i wysiadłam na ulicy Flinders, a następnie skręciłam w Kings Street, a potem w prawo w Collins Street, by zaraz odnaleźć budynek Rialto Tower. Jest on drugim najwyższym budynkiem w Melbourne tuż po Eureka Tower. W budynku tym 235 metrów od ulicy na 55 piętrze znajduje się Melbourne Observation Deck - miejsce z którego rozciąga się widok na całe Melbourne. Na punkt widokowy wyjeżdża się windą. Jest tam korytarz, który można obejść dookoła i obejrzeć Melbourne wokół tego miejsca przez szyby. Są tam też dostępne specjalne miejsca gdzie można wyjść na zewnątrz. Miejsca są okratowane, ale zawsze można zrobić lepsze zdjęcia niż przez szybę. Tylko wiatr trochę dał się we znaki. Natomiast widoki super. O wiele bardziej podobały mi się niż te w Sydney. Widać było Docklands i Koło, Flinders Street Station, korty tenisowe, St Kilda z molo blisko miejsca, w którym się zatrzymałam, a nawet palący się busz nieopodal Melbourne. 



Widok z Rialto Tower, w tle widać palący się busz

Po zjechaniu windą w dół znajduje się sklep z pamiątkami  Co ciekawe każde odwiedzane przeze mnie miejsce ma swoje własne pamiątki i to jest niesamowite. Oczywiście są takie co się powtarzają, ale w większości przypadków widzi się coś nowego. Mi najbardziej podobały się aborygeńskie pamiątki z tymi fantastycznymi wzorkami kropkami. 


Australijskie Pamiątki

Wieczorem wizyta na plaży w St Kilda, do której dojście z hostelu zajmuje 5 minut. Byłam na molo i przeszłam wzdłuż zatoki skąd rozpościera się widok na centrum Melbourne ze wszystkimi pięknie oświetlonymi drapaczami chmur. A na samym molo St Kilda Pier, które jest całkiem długie spotkać można było zapalonych wędkarzy  Nieważne że ciemno i zimno, bo zaczęło wiać niemiłosiernie. 


St Kilda
St Klida Pier
Zachód słońca w St Kilda

I tak minął dzień pierwszy na Antypodach. 



All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Sunday, November 11, 2012

Londyn - Hong Kong - Melbourne 10-11/02/2009

Do Australii leciałam z Londynu prze Hong Kong do Melbourne jednym z największych samolotów Boeing 747 - 400 linii Quantas. Lot był całkiem przyjemny. Co chwilę dostawaliśmy jedzenie, które mi bardzo smakowało. Oczywiście mówimy o jedzeniu w samolocie, więc wiadomo, że na cuda liczyć nie można. W drodze do Hong Kongu mieliśmy małe turbulencje, co było mało przyjemne, ale na szczęście nie trwało to długo i dało się przeżyć.

Do Hong Kongu przylecieliśmy bardzo wcześnie rano. Przechodziło się do hali odlotów gdzie trochę trzeba było czekać. Jak już nadszedł czas na wejście do samolotu, to staliśmy w kolejce i panie Azjatki przybijały pieczątkę na bilecie z datą. I tu znowu odbyło się sprawdzanie bagaży podręcznych. Pierwszy raz leciałam z międzylądowaniem, więc było to coś nowego i też do końca nie wiedziałam jak się to odbywa.



Hong Kong - widok z samolotu

Lot z Hong Kongu do Melbourne trwał z 8 godzin, albo i dłużej. Czułam się po tym przejściu przez lotnisko w Hong Kongu nieco odświeżona, ale po wejściu do samolotu dopadło mnie absolutne zmęczenie. Może dlatego, że za oknem było słonko i ciepło i chciało mi się spać, ale w trakcie lotu zmęczenie minęło. I tak oto lecieliśmy nad wyspami, o których nie miałam zielonego pojęcia, że istnieją. 

Jakoś się dłużył ten czas z Hong Kongu, bo myślałam, że blisko stamtąd do Australii, a tymczasem trochę trwało zanim dolecieliśmy. Lot nad czerwonym centrum sprawił, że już poczułam, ze jestem w Australii. W pobliżu Adelajdy był piękny zachód słońca. Wylądowaliśmy w Melbourne planowo o 21.40 kiedy za oknem było już ciemno. Po dotarciu do punktu imigracyjnego pani wbiła mi w paszport pieczątkę z datą przyjazdu i zapytała, czy będę dziś spać w Melbourne. I to wszystko. Potem oczekiwanie na bagaż. Trochę to trwało. Co ciekawe po taśmie krążyły chińskie bagaże czyli ciuchy zapakowane w folie albo pudełka tekturowe. Normalnie jak powrót do przeszłości. Czyli coś takiego można do samolotu wrzucić? Dziwne. Poza tym Pani z psem, który szukała wiadomo czego. Takie rzeczy zawsze mnie przerażają. Przy okazji czekania na bagaż poznałam Polkę mieszkającą w Melbourne. Była tak miła, że sama dała mi swój numer telefonu na wypadek gdyby coś się przytrafiło. 


Nie mając nic do oclenia opuściłam lotnisko. Po drodze widziałam niezłą kolejkę pasażerów, którzy mieli rzeczy do oclenia tudzież poddania kwarantannie. Nie wiem, czy oglądaliście kiedyś program Security Border - Australia's Front Line, czyli o tym co się dzieje na lotniskach w Australii? Ja uwielbiam ten program i mogę go oglądać i oglądać. Australia ma bardzo surowe prawo jeśli chodzi o wwożenie różnych rzeczy. Jeśli ktoś się wybiera do Australii, to niech się koniecznie z tym zapozna, żeby potem nie było niemiłych niespodzianek. I lepiej zapomnijcie o wwożeniu jakiegokolwiek jedzenia, a już tym bardziej o zaznaczeniu NIE na karcie pasażera przy opcji:jedzenie. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że oni naprawdę to sprawdzają i potem nie dość, że tracą wiele produktów, to jeszcze płacą kary pieniężne. Dodatkowo informacja o tym zdarzeniu jest umieszczana w ich systemie komputerowym. 


Po wyjściu z lotniska czekałam na jakiś szok temperaturowy, bo w końcu przyleciałam z zimowej Europy, a tu nic takiego. Tylko lekki powiew wiatru i ogólnie bardzo przyjemnie. Trochę obawiałam się australijskich upałów, bo jeszcze kilka dni przed przyjazdem do Melbourne temperatura przekraczała tam 40 stopni, a pożary były jednymi z gorszych jakie nawiedziły Australię. Na szczęście kiedy ja się tam pojawiłam, to temperatura nie przekraczała 30 stopni, a i tak w kolejnych dniach w Melbourne było nawet zimno zwłaszcza wieczorami. 


Lotnisko w Melbourne jest spory kawałek od centrum miasta. Wzięłam taksówkę po którą trzeba było się ustawić w kolejce, bo było tylu chętnych, ale taksówki przyjeżdżały i odjeżdżały raz po raz. Jazda taksówką była przyjemna, a oświetlone centrum i drapacze chmur plus Koło robiły wrażenie. Cała jazda trwała może 15-20 minut. Po tym czasie dotarłam do hotelu lub raczej hostelu, który zarezerwowałam jeszcze będąc w Polsce. Nazywał się X Base Backpackers i znajdował się na ulicy Carlise. Jeśli ktoś poszukuje miejsca, w którym jest bardzo imprezowo i chce się dobrze zabawić plus poznać nowych ludzi, to to miejsce może się podobać, ale jeśli ktoś tak jak ja chce się tam po prostu wyspać po podróży czy zwiedzaniu, to nie polecam. 




All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Saturday, November 10, 2012

Australia - Planowanie podróży

Po 10 latach mojej fascynacji Australią, moje marzenie o zwiedzeniu tego kraju stało się realne. 



Wiadomo, że do takiej dalekiej podróży trzeba się dobrze przygotować. Zwłaszcza jeśli jedzie się na własną rękę, a nie z biurem podróży. Muszę przyznać, ze nie zajęło mi to aż tak dużo czasu. Po pierwsze myśl o tym żeby pojechać do Australii pojawiła się pod koniec wakacji, kiedy to wstępnie umówiliśmy się ze znajomym, że polecimy tam w lutym 2009 roku w moje ferie.

We wrześniu wypełniłam formularz w Internecie, aby otrzymać wizę turystyczną do Australii. Trzeba było tylko przebrnąć przez kolejne strony tego formularza, a potem tylko czekać. Otrzymałam ją kilka dni po jej wypełnieniu. Nie miałam żadnych problemów z jej otrzymaniem. Wszystko odbywa się elektronicznie i nie trzeba wysyłać paszportu, a do tego członkowie Unii Europejskiej nie muszą płacić za wizę turystyczną.


Mając już wizę zaczęłam w wolnym czasie opracowywać plan pobytu w Australii. W związku z tym, że interesowałam się Australią od dawna, to dokładnie wiedziała, co tam jest do zobaczenia i co koniecznie muszę zobaczyć. Dodam, że plan był modyfikowany niemal do samego końca, a zresztą nawet będąc w Australii były małe zmiany. Oczywiście pomocny był Internet, bo bez niego trudno mi sobie wyobrazić zorganizowanie takiej wyprawy. Czytałam też wspomnienia ludzi, którzy byli w Australii, śledziłam australijskie strony internetowe miejsc, które planowałam zwiedzić, przeczytałam przewodniki po Australii i Sydney. Była to dla mnie czysta przyjemność, bo już czułam się jakbym tam była. W trakcie surfowania po internecie odkryłam na przykład Kurandę, o której istnieniu nie wiedziałam i od razu wpisałam ją na listę miejsc do odwiedzenia. 


W zasadzie jedyny problem jaki się pojawił to było zdobycie biletów lotniczych. Nie ukrywam - miałam moment zwątpienia i chwilami czułam się jakbym waliła głową w mur. Na szczęście trafiłam do biura podróży Orbis w Tarnowie i udało mi się kupić bilety i do tego w extra cenie. Trzeba tylko było trochę urlop poprzesuwać, ale cóż tam najważniejsze, że miałam bilety i to po tak dobrej cenie. 


Mając bilety i plan podróży zaczęłam szukać w Internecie hoteli. Lecąc do Australii miałam zarezerwowany hotel w Melbourne i Sydney oraz lot z Melbourne do Sydney. Całą resztę noclegów i lotów rezerwowałam będąc już w Sydney.


Przyznam, że moja zdolność organizowania wycieczek znów się sprawdziła. Oczywiście może to zabrzmieć nieskromnie, ale naprawdę myślę, iż jestem w tym niezła, a do tego sprawia mi to dużo frajdy. Myślę sobie, że czasem jakiś instynkt podróżniczy się przydaje, o ile taki w ogóle istnieje, bo przecież trudno jest tak do końca zaplanować pobyt w tak odległym miejscu gdzie odległości pomiędzy miejscami są tak ogromne. Na pewno trzeba też mówić o szczęściu, że udało się zobaczyć to co chciałam, że nie odwołali wycieczek, czy lotu. Nic strasznego (poza moją opryszczką) się mi w Australii nie przytrafiło.






Gdybym miała jeszcze raz opracować plan podróży do Australii i miałabym do dyspozycji tyle samo czasu, to jedyną zmianą byłby krótszy pobyt o dzień lub dwa w Sydney na rzecz Alice Springs, a całą resztę chciałabym powtórzyć. Zakochałam się Alice Springs i "czerwonej" Australii i czułam niedosyt wyjeżdżając stamtąd. 

Podróż do Australii jest na pewno podróżą mojego życia. Trudno mi wybrać jedno miejsce, które mi się najbardziej podobało, bo każde z nich było magiczne. Z każdego miejsca nie chciałam wyjeżdżać, a potem było nowe miejsce i nowe atrakcje i tak przez trzy tygodnie. Na pewno zachwyciło mnie Alice Springs i czerwone centrum Australii, zakochałam się w Kurandzie, oczarowała mnie podróż wzdłuż oceanu i St Kilda w Melbourne i oczywiście zatoka w Sydney też. Super jest spełniać swoje marzenia, a jeszcze fajniej jeśli dodatkowo można zimę zamienić w lato.


Świat mi się bardzo skurczył po tej wyprawie. To było dziwne uczucie i trochę przerażające. 24 godziny i można być w Australii. Toż to tyle samo czasu ile zajęło mi dostanie się do Florencji tyle że autokarem. 




All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Anglia: Swindon, Avebury, Bath, Oxford, Londyn, 2008

SWINDON
Pierwszy raz pojechałam do Anglii w 2008 roku do Swindon na wakacje. I tak w Swindon nie ma generalnie nic ciekawego, wartego zwiedzenia, ale i tak spędziłam tam fantastyczne dwa miesiące. 

AVEBURY

W trakcie mojego pobytu byłam w Avebury, które jest niczym Stonehenge, ale o niebo lepsze, bo w Stonehenge też byłam, ale to jakaś porażka była. Natomiast Avebury to wioska w hrabstwie Wiltshire niedaleko Swindon. Znajdują się tam neolityczne głazy, które są starsze niż te w Stonehenge. 


Avebury

OXFORD
Byłam też w Oxford, który w sumie mi się podobał. Pełno tam uniwersytetów, a wtedy kiedy byłam to pełno było turystów i studentów zagranicznych, którzy przybywają licznie by uczyć się angielskiego. Podobał mi się tam ogród botaniczny i Muzeum Historii Naturalnej.


Ogród Botaniczny w Oxfordzie

LONDYN
Żeby nie było, że byłam w Anglii i nie byłam w stolicy. Tak więc pojechałam do Londynu i zwiedziłam największe atrakcje. Pogoda się na szczęście udała i wycieczka niczego sobie, ale cóż .... Londyn mnie nie powalił na kolana. Miasto, jak miasto i trochę za dużo złota na pałacu Buckinghma :) A tak poważnie mówiąc, to ja po prostu kocham włoskie miasta i Pragę, a Londyn jest inny i nie w moim stylu. 

Hyde Park może być, ale gdzie jest Speaker's Corner? To ja przez tyle lat wmawiałam moim uczniom anegdotę o Speaker's Corner i cóż się okazało, że to miejsce to może i istniało, ale kiedyś tam. Pałac Buckingham jak już wspomniałam za złoty dla mnie, a ja za złotem nie przepadam. 



Pałac Buckingham

Miejsca, które mi się w miarę podobały to: Big Ben, Tamiza, Parlament, London Eye, Trafalgar Square, Covent Garden i Katedra św. Pawła.


Parlament
Big Ben

Kompletnie nie rozumiem zachwytu nad Picadilly Circus. Samochody i autobusy wszędzie i do tego ten okropny hałas, że nie rozumiem jak można się niby zrelaksować siedząc przy tej fontannie na środku placu.

Jeśli miałabym wybrać jedno miejsce, które rzeczywiście mi się podobało w Londynie, to bez wątpienia było by to Tower Bridge, które samo w sobie jest piękne, a do tego można tam porobić ciekawe zdjęcia.



Tower Bridge

Wiem, że trochę skrytykowałam Londyn, ale po prostu uważam że są ładniejsze miasta i tego będę się trzymać. Nie ciągnie mnie szczególnie do Londynu, ale może jeśli kiedyś znów się tam pojawię, to zmienię swoje zdanie o tym mieście, ale póki co jest jak napisałam powyżej. 

BATH

Bath jest miastem, które mi się najbardziej podobało w Anglii i do dziś jest wysoko jeśli chodzi o ranking moich ulubionych miejsc w Anglii. To przepiękne miasto, niedaleko Swindon i Bristolu położone nad rzeką Avon. Bath słynie z rzymskich łaźni i pewnie dlatego stylem przypomina mi nieco włoską architekturę. Do tego warto dodać, że mieszkała tu też Jane Austin i jakoś mnie to nie dziwi, bo to świetne miejsce na pisanie książek.


Bath


All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Friday, November 9, 2012

Praga, Czechy

"Złota Praga" jak się ją nazywa jest jednym z najpiękniejszych miast jakie widziałam. I choć jestem Polką i uwielbiam Kraków, to po wizycie w czeskiej Pradze muszę to powiedzieć, iż Praga jest o wiele piękniejsza. Oba miasta mają w sobie wiele wspólnego, ale wydaje mi się że w Pradze jest więcej rzeczy do zobaczenia i nie dziwi mnie wcale że to miasto przyciąga masę turystów z całego świata, a także filmowców, którzy chcą tutaj kręcić swoje filmy.



Nie ma to jak wybrać się na jednodniową wycieczkę do Pragi i pod koniec dnia paść ze zmęczenia. Pierwszy raz w życiu nogi odmówiły mi posłuszeństwa i autentycznie nie mogłam postawić kroku. Potem kilka dni dochodzenia do siebie, więc nigdy więcej takich szaleństw. Natomiast Praga bardzo na TAK!!! Chcę jeszcze. I wrócę. 



Rynek Starego Miasta z wieloma interesującymi budynkami i wspaniałą architekturą tworzy niesamowitą atmosferę. 



Rynek Starego Miasta w Pradze


Oczywiście perełką rynku jest zegar astronomiczny z poruszającymi się figurkami apostołów, który co godzinę gromadzi masę turystów. I nieważne czy mały, czy duży turysta, każdy chce to zobaczyć i mieć chwilę frajdy. A zegar sam w sobie jest rzeczywiście piękny. 



Zegar Astronomiczny
Brama Prochowa


Most Karola jest bardzo artystycznym miejscem, na którym można spotkać wielu ulicznych artystów. Most jest naprawdę śliczny, a widoki z niego równie piękne. Kiedy pierwszy raz tam dotarłam było w miarę wcześnie rano i most był prawie pusty, bo potem to już był tylko zatłoczony turystami. 



Most Karola





Kolejne miejsce warte zwiedzenia to Hradczany z zamkiem i katedrą św. Wita oraz Złotą Uliczką.



Widok na Hradczany z nad rzeki Wełtawy

Katedra św. Wita na Hradczanach

Witraż w katedrze św. Wita na Hradczanach

Dom Kafki


Złota Uliczka

Przykład nowoczesnej architektur - "Tańczący dom"


Cóż, można tylko Czechom pozazdrościć Pragi i cieszyć się, że są takie piękne miasta niedaleko naszego kraju. My mamy Kraków, który kocham i z którego jestem dumna, ale cóż w Pradze też się zakochałam, bo nie sposób pozostać obojętnym na jej piękno i artystyczną duszę.




All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook