Dojazd do Sierocińca zajął nam około dwóch godzin. Już się zaczęłam przyzwyczajać do tego, iż muszę więcej zapłacić za wejście i tak przyjemność obcowania ze słoniami kosztowała mnie 2500 rupii, podczas gdy Lankijczycy płacą tylko 250 rupii. Powierzchnia sierocińca nie jest ogromna, ale jest ono położone w bardzo malowniczym miejscu z przepięknym krajobrazami wokół.
W jednym miejscu były małe słoniątka, które były jednak przykute łańcuchami i nie za bardzo mogły się poruszać. Dwa z nich próbowały się bawić ze sobą. Za dodatkową opłatą można było nakarmić słoniątka mlekiem z ogromnej butelki.
W innym miejscu były większe słonie na "polanie" z pięknym krajobrazem pełnym palm w tle.
W sierocińcu tym znajdują się również słonie, które podczas wojny straciły kończyny w wyniku min.
Po wyjściu z tego miejsca przeszliśmy na drugą stronę drogi i udaliśmy się w dół dochodząc do rzeki. Wcześniej jednak zaliczyliśmy wizytę w miejscu, w którym z odchodów słoni produkuje się papier i różne inne pamiątki. Choć to było ciekawe co nam pokazano, to jednak nie skorzystałam z zakupu żadnej z pamiątek.
W dole rzeki od godziny 10 do 12 odbywa się kąpiel słoni. Są one prowadzone z sierocińca przez swoich opiekunów i można ów słonie podziwiać na tle równie malowniczego krajobrazu.
Ogólnie miejsce jest warte odwiedzenia. Mi najbardziej podobały się chyba jednak te malownicze krajobrazy, które otaczają sierociniec. Z jednej strony wydaje mi się, że robią tam świetną robotę opiekując się tymi słoniami, ale z drugiej strony jak się widzi smutne oczy słoni, to mam jakieś takie mieszane uczucia. I właśnie z tego powodu nie zdecydowałam się na przejażdżkę na słoniu, którą co krok ktoś oferuje. Jadąc na Sri Lankę bardzo chciałam się na słoniu przejechać, ale będąc tam zupełnie odeszła mi ochota.
Polecam moje zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/22762999@N00/











No comments:
Post a Comment