Showing posts with label most. Show all posts
Showing posts with label most. Show all posts

Monday, December 3, 2012

Sydney - Bridge Climb, Australia 18/02/2009

Rano odkryłam coś strasznego. Na mojej brodzie pojawiła się opryszczka i wyglądałam okropnie. Już w nocy czułam, że coś jest nie tak, ale nawet rano nie byłam świadoma, że to opryszczka, bo jeszcze nigdy jej na brodzie nie miałam. A co gorsze nie miałam lekarstwa. Różne leki ze sobą zabrałam, ale nie Heviran, którego wówczas tak bardzo potrzebowałam.        



Tego dnia poszłam do zatoki a dalej do Bridge ClimbPo zakupieniu biletów siedziałam sobie na takiej ławeczce w poczekalni. Potem o 14:35 przyszła inna młoda dziewczyna i zaprosiła mnie do środka. Tam, w małym pomieszczeniu usiadłam i wypełniłam ankietę. Po jej wypełnieniu dostałam niebiesko- szary strój, który jest specjalnie w takich kolorach, by wspinający się za bardzo nie rzucali się w oczy będąc na moście, tym którzy go podziwiają z dołu. Były tam specjalne przymierzalnie, w których można się było spokojnie przebrać. Swoje rzeczy należało zostawić w szafkach, a kluczyk od szafki zawiesić na szyi. Na most poza okularami słonecznymi nic nie można było ze sobą zabrać.
Moja grupa składała się z 14 osób, w tym 5 kobiet. Byłam jedyną Polką w grupie. Poza tym byli Australijczycy, Niemcy, Brytyjczycy, Amerykanie, Duńczycy i Cypryjczyk. Gdy już byliśmy gotowi do szkolenia to właśnie przedstawialiśmy się i mówiliśmy skąd jesteśmy. Naszą grupę przejął bardzo miły pan, którego imienia już nie pamiętam. Dodam tylko, że podczas całej wspinaczki dla pana przewodnika byłam Anitą:-) Nie żebym miała coś przeciwko. Imię skojarzyło mi się z jedną postacią z mojego ulubionego australijskiego serialu " Szkoła złamanych serc", więc nawet mi się spodobało. Najpierw pan przewodnik zamocowywał nam rożne rzeczy jak specjalny pas do którego następnie dostaliśmy kołowrotki, które potem przymocowywało się do liny na moście. Poza tym chusteczkę, którą się okręcało na ręce, takie coś specjalne na okulary przeciwsłoneczne żeby nie spadły, zwinięty płaszcz przeciwdeszczowy na wypadek deszczu. Można sobie było też wziąć czapkę z daszkiem, którą też należało przymocować w odpowiednim miejscu. Mi jeszcze kazali wziąć gumkę do włosów, bo miałam je rozpuszczone. Także jak widać wszystko mają dokładnie rozplanowane co, gdzie i jak.

Gdy wszyscy już mieli wszystko to zaczęło się oficjalne szkolenie jak się poruszać idąc po moście i po schodach. Była tam mała atrapa mostu i tak oto każdy został za pomocą kołowrotka przymocowany do liny. Kołowrotek sam się kręcił gdy się człowiek poruszał do przodu. Przy wchodzeniu po schodach mogła się na nich znajdować tylko jedna osoba. I tyle filozofii. Po zejściu z tej atrapy dostaliśmy słuchawki przez które w trakcie wspinaczki mogliśmy słuchać przewodnika. Gdy wszystko było już absolutnie zapięte na ostatni guzik to wyszliśmy z budynku i przeszliśmy ulicą nieduży kawałek i weszliśmy do mostu gdzie przeszliśmy trochę po schodach, a następnie każdy przymocował swój kołowrotek do linki i zaczęła się przygoda.

Szłam na samym końcu. Najpierw szło się po prostej, a pod nami były deski, ale naprawdę żadne tam niebezpieczeństwo. Barierki były z obu stron. Przez całą wspinaczkę, która trwała 3,5 godziny łącznie ze szkoleniem nasz przewodnik opowiadał o Sydney i o wszystkim co można było z mostu zobaczyć. Tempo było dosyć ślimacze, ale przynajmniej można było się nacieszyć widokiem z mostu. Tak więc po tej prostej zaczęło się trochę schodów, ale prawda jest taka że trzeba było wspiąć się może z 3 razy po serii schodów na których trzeba było być przypominam samemu i nagle okazało się że już jesteśmy na łuku. Szok, bo spodziewałam się że trzeba będzie długo do góry wychodzić.
Kiedy czekałam na swoją kolej by wejść po schodach rozmawiałam z jednym z pracowników. Mówił mi, że był w Krakowie i Wieliczce i o wspominał krakowski hejnał i ogólnie mówił, że mu się bardzo podobało w Polsce. 

Kiedy wyszliśmy już na most to potem tylko szliśmy po jego łuku tak do połowy mostu. Gdy tam doszliśmy to zrobiono nam kilka zdjęć, w tym grupowe, a potem przeszliśmy na drugą stronę mostu i znów po łuku schodziliśmy w dół.


Flagi, które znajdują się na szczycie mostu są już dosyć wyraźnie spłowiałe i nieco nawet podarte. Podobno są tam już od dawna nie zmieniane. Widok na zatokę piękny, ale naprawdę wcale nie czułam że jestem jakoś wysoko. I prawdę mówiąc byłam przez dłuższy czas w szoku, że tak szybko na górę wyszliśmy. Trochę się bałam schodzić. Fakt, że schodziłam ostatnia nie pomagał, ale nie było źle. Grunt to było nie patrzeć w bok (bo tam pod Tobą ruchliwa ulica) tylko na schodki i tak powoli sobie schodzić. I dałam radę bez najmniejszych problemów, a wspinaczkę polecam. Po zejściu i wejściu do budynku oddawaliśmy wszystko co wzięliśmy, przebieraliśmy się w nasze ubrania, a potem w cenie biletu dostaliśmy certyfikat wejścia na most i grupowe zdjęcie. Można było także sobie kupić zdjęcia, które były robione na moście. Za dwa zdjęcia na CD zapłaciłam jakieś AU$40, co wydaje mi się dosyć wygórowaną ceną. Co ciekawe zaraz po przebraniu się przechodziło się do sklepiku z pamiątkami i tam na dużych ekranach można było zobaczyć nasze zdjęcia.


Po wyjściu stamtąd wróciłam do Circular Quay i przy zatoce we włoskiej restauracji zamówiłam fileta z kangura plus puree i szparagę. Trochę czekałam aż to jedzenie do mnie dotarło i jakoś nie było tego dużo, ale oto był mój pierwszy w życiu kangur. I to mówię ja, która unikałam zawsze mięsa, ale nie z przyczyn ideologicznych, ale po porstu nie lubiłam go. Tak czy inaczej ja mięsożerna (z małym doświadczeniem smakowym w tej dziedzinie) mogę powiedzieć że mięso z kangura smakowało mi jak mięso na gulasz.



All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Melbourne - Sydney, 15/02/2009

Rano jazda na lotnisko i lot Quantasem do Sydney. Latając Qantasem po Australii można mieć do 32 kilo bagażu!!! Co pokazuje, że tylko Australijczycy rozumieją jak ciężko jest się zapakować do 20 kilo. Czapki z głów. 


Leciałam ponad godzinę. Co ciekawe lot nie był długi, a nawet podali kanapki i soczek na lunch. A potem szybkie lądowanie. Przez szybę samolotu widać było zatokę, most i operę. Wylądowałam w Sydney dokładnie o 13:19. Po wylądowaniu odebranie bagaży i już można było opuścić lotnisko. Nie było żadnej kontroli czy sprawdzania paszportów. No tak domestic flight. Zadzwoniłam z lotniska do hotelu, w którym miałam rezerwację, bo w ramach pobytu należał mi się darmowy transport do hotelu. Do tego ta rozmowa była darmowa. Niezłe. Pani z hotelu powiedziała żebym wzięła taksówkę i poprosiła taksówkarza o rachunek, a ona mi wróci pieniądze. Super. W Sydney taksówki są białe. Lotnisko w Sydney jest blisko centrum, nie to co w Melbourne, więc szybciutko byłam na miejscu.

Zatrzymałam się w hotelu Alfred Park Accommodation na Cleveland Street.


Pogoda była taka sobie, bo było 20 kilka stopni i deszcz. Po godzinie 17 poszłam na nogach nad zatokę. Nie wiem dokładnie ile szłam, ale z godzinę na pewno głównie przez Elizabeth Street. I oto ukazała mi się opera. Powiem tak: dopóki jej nie zobaczyłam wydawała mi się mała w porównaniu z mostem, a tu niespodzianka, bo Sydney Opera House wcale taka mała nie jest, a tymczasem Harbour Bridge choć duży, to jednak mniejszy niż myślałam. Znów ta telewizja:-)



  
Jako że pogoda nie była ładna, to i zdjęcia z tego dnia wyszły takie sobie i ogólnie dziwne były we mnie uczucia. Tyle lat czekałam, by moja noga tam stanęła, a tymczasem ta ponura pogoda sprawiła, że jakoś średnio szalałam z radości. Niemal czar Sydney prysł, ale od razu dodam, że tylko tego dnia, bo jak to w życiu bywa po burzy w końcu wychodzi słońce. 



All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Friday, November 9, 2012

Praga, Czechy

"Złota Praga" jak się ją nazywa jest jednym z najpiękniejszych miast jakie widziałam. I choć jestem Polką i uwielbiam Kraków, to po wizycie w czeskiej Pradze muszę to powiedzieć, iż Praga jest o wiele piękniejsza. Oba miasta mają w sobie wiele wspólnego, ale wydaje mi się że w Pradze jest więcej rzeczy do zobaczenia i nie dziwi mnie wcale że to miasto przyciąga masę turystów z całego świata, a także filmowców, którzy chcą tutaj kręcić swoje filmy.



Nie ma to jak wybrać się na jednodniową wycieczkę do Pragi i pod koniec dnia paść ze zmęczenia. Pierwszy raz w życiu nogi odmówiły mi posłuszeństwa i autentycznie nie mogłam postawić kroku. Potem kilka dni dochodzenia do siebie, więc nigdy więcej takich szaleństw. Natomiast Praga bardzo na TAK!!! Chcę jeszcze. I wrócę. 



Rynek Starego Miasta z wieloma interesującymi budynkami i wspaniałą architekturą tworzy niesamowitą atmosferę. 



Rynek Starego Miasta w Pradze


Oczywiście perełką rynku jest zegar astronomiczny z poruszającymi się figurkami apostołów, który co godzinę gromadzi masę turystów. I nieważne czy mały, czy duży turysta, każdy chce to zobaczyć i mieć chwilę frajdy. A zegar sam w sobie jest rzeczywiście piękny. 



Zegar Astronomiczny
Brama Prochowa


Most Karola jest bardzo artystycznym miejscem, na którym można spotkać wielu ulicznych artystów. Most jest naprawdę śliczny, a widoki z niego równie piękne. Kiedy pierwszy raz tam dotarłam było w miarę wcześnie rano i most był prawie pusty, bo potem to już był tylko zatłoczony turystami. 



Most Karola





Kolejne miejsce warte zwiedzenia to Hradczany z zamkiem i katedrą św. Wita oraz Złotą Uliczką.



Widok na Hradczany z nad rzeki Wełtawy

Katedra św. Wita na Hradczanach

Witraż w katedrze św. Wita na Hradczanach

Dom Kafki


Złota Uliczka

Przykład nowoczesnej architektur - "Tańczący dom"


Cóż, można tylko Czechom pozazdrościć Pragi i cieszyć się, że są takie piękne miasta niedaleko naszego kraju. My mamy Kraków, który kocham i z którego jestem dumna, ale cóż w Pradze też się zakochałam, bo nie sposób pozostać obojętnym na jej piękno i artystyczną duszę.




All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook