Showing posts with label Australia. Show all posts
Showing posts with label Australia. Show all posts

Saturday, December 8, 2012

Melbourne 02/03/2009

Pobudka o 8 rano. Wow, a jednak udało mi się tego dokonać w Melbourne! I nadszedł ten moment kiedy trzeba było się spakować - do dziś widzę pokój pełen moich rzeczy, ale udało się wszystko umieścić w walizce. Zostawiłam mój bagaż w hostelu w specjalnych szafkach i tradycyjnie już poszłam do Deveroli’s na omleta, na którego wczoraj miałam ochotę. Był niezły. Po śniadaniu w jednym butiku kupiłam sobie sukienkę taką długą, hipisowską, a więc powrót do moich nastoletnich zbuntowanych lat, ale sukienkę mam do dziś i bardzo ją lubię.



Potem była sesja z flagą australijską na plaży. Przy okazji przeszłam całe molo i tam za Kioskiem odkryłam przepiękne miejsce, z którego było widać zarys Melbourne na tle łódek. Magiczne miejsce. Do tego spokój, cisza, mocno grzejące słońce. Prawdziwe lato w środku zimy.



Ponowna wizyta w cake shop Europa na Ice coffee i ciastku. A potem powrót na plażę. Siedziałam tam sobie, pozwalałam czasowi mijać i cieszyłam się ostatnimi minutami mojej australijskiej przygody. Nie chciałam wracać do Europy, ale wiedziałam, że za kilka godzin będę w samolocie i moja australijska przygoda dobiegnie końca.




Wieczorem pojechałam busem na lotnisko gdzie wydałam ostatnie pieniądze kupując sobie podkoszulek biały z małą flagą Australii i napisem Australia, kubek z kangurkiem (jeden z moich ulubionych kubków) i książkę Zmierzch, którą zaczytywałam się w drodze powrotnej.

O 23:14 miał się rozpocząć boarding, ale przesunęło się chyba przeszło 30 minut. I też zamiast 23:59 odlecieliśmy pół godziny później, a więc już 3 marca 2009 roku. I tak po trzech tygodniach w Australii moja podróż życia dobiegła końca.  

W Hong Kongu byłam o 6:30 tamtego czasu i miałam trochę przerwy. Wystartowałam z Hong Kongu o 8 rano. Do Londynu przyleciałam 3 marca 2009 o 13:30. Gdyby nie różnica czasowa to można by zaryzykować stwierdzeniem, że tylko 13 godzin leciałam. Ha ha. Może kiedyś to będzie możliwe.

Australijskie pieniądze



                                     A U S T R A L I A

A jednak stało się
Udało się dotrzeć do Krainy Kangurów
Stąpać po niej i wdychać ją do płuc
Tak łapczywie, by była obecna w całym mym ciele
Radować się widokiem czerwonego centrum
Aby me serce nie chciało opuścić Alice Springs
Latać Qantasem z miejsca na miejsce
I nie móc przestać zachwycać się tym krajem
Australio kiedy znów przyjmiesz mnie w swe ramiona?
                                                                     Lagnese



All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Friday, December 7, 2012

Melbourne 01/03/2009

Kolejny późno zaczęty dzień w Melbourne podczas mojego pobytu w tym mieście. Hostel opuściłam około 13, a co lepsze jeszcze się mi się marzył omlet w Deveroli’s :) Dziwne:), ale już śniadania nie podawali. To było piękne. No to jak nie śniadanie to lunch. 


Po śniadanio-lunchu przeszłam sobie nieopodal plaży Esplanadą, gdzie było mnóstwo stoisk z różnymi rękodziełami. Moja myśl była taka, że przecież w Polsce też się tworzy wiele takich cudnych rzeczy ręcznie, a tymczasem można je znaleźć niemal tylko w Cepeliach, albo w Zakopanem. 

Pozostałam cały czas w St Kilda i poszłam na ulicę Acland, która słynie z restauracji, pubów i cukierni. Udało mi się znaleźć wolne miejsce w polskiej cukierni Europa. Jest ona niewielka i wnętrze nie jest jakieś zachwycające, ale wystawa z góry na dół pełna ciastek i takich polskich placków. Wybór chyba największy na całej ulicy. Poza tym w środku mieli też ptasie mleczko i delicje. Jak się dowiedziałam następnego dnia rozmawiając z właścicielką to cukiernia działa 28 lat i nieprzerwanie jest w polskich rękach.

Przeszłam przez Albert Park i tuż niedaleko plaży była taka ulica z przepięknymi domami. C U D O. Oszałamiające. Tak, tak jeden z tych domów mógłby być mój.

Bardzo leniwy dzień. Może nie do końca wykorzystałam te ostatnie dni w Australii, ale też nie chciałam wracać do Melbourne dopiero w dzień wylotu z Australii w razie gdyby coś opóźniło mój przylot. A że w Melbourne już widziałam wszystko co chciałam zobaczyć, to też zwalniając tempo spędziłam swoje ostatnie chwile w Australii w St Kilda. 



All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Cairns - Melbourne 28/02/2009

Ostatni dzień w Cairns. Rano zrobiłam kilka zdjęć na dole w hotelu wśród „lasu deszczowego” i spotkałam jeszcze Szwajcara, który był wczoraj na rafie ze mną. Pechowiec jakiś, bo opowiadał mi, że znów mu odwołali drugą już wycieczkę. To tylko pokazuje, że nie był to peak season w Cairns i że byłam szczęściarą, że mi nic nie odwołali. Tym bardziej, że miałam tylko dwa dni i na Kurandę i na rejs i w razie odwołania wycieczki po prostu by ona przepadła. A jakoś trudno mi sobie wyobrazić żeby mogło mnie nie być na Kurandzie, choć prawda jest taka iż Cairns znalazło się na mapie mojej podróży głównie ze względu na rafę koralową. A tymczasem to Kuranda podbiła moje serce i ten mój koala


"Powrót do przeszłości" czyli początku mojej podróży do Australii, a więc kierunek Melbourne.  Lot z Cairns miałam o 12:30, a do Melbourne przyleciałam około 17.  

Nie było busa do St Kilda. Trzeba by było czekać na niego z godzinę, albo dwie. Jakaś kobieta też chciała jechać do St Kilda. Podszedł gość i nam zaproponował transport. Strasznie długo się jechało. Fakt lotnisko od centrum w Melbourne jest bardzo daleko, ale jakoś wydaje mi się, że tym razem pan kierowca jakąś długą drogę wybrał. W każdym bądź razie jechało się przyjemnie. Kobieta konwersowała z panem kierowcą przez całą drogę. To wtedy dowiedziałam się o tym Kole w Melbourne co się zepsuło, że zwolnili ostatnich pracowników i coś co kosztowało tyle pieniędzy okazało się totalną klapą. Do tego cały pasaż handlowy przed Kołem też padł. Poza tym pan taksówkarz mówił, że w Australii wystarczy mieć troje dzieci i już można nie pracować i nieźle sobie żyć, że on zna takich co zasiłki biorą i na wakacje latają. Także całkiem ciekawe dyskusje w taksówce się odbywały:)

W końcu dotarłam do X Base Backpackers – tego samego co za pierwszym razem w Melbourne. Z lenistwa go wybrałam żeby już nie szukać niczego na necie, to go zarezerwowałam wyjeżdżając z Melbourne ostatnim razem. 

Poszłam coś zjeść w restauracji Deveroli’s. Zamówiłam na startera garlic bread i nachos. Było ich dużo!!! O wiele za dużo. Nie zdążyłam tego zjeść jak podali danie główne czyli jakiś makaron z sosem bolognese. Jedzenie było naprawdę dobre, ale zjadłam chyba tylko pół, bo tak się strasznie najadłam.

To był długi dzień, ale poszłam  jeszcze na plażę, ale było zimno i prawie od razu się wróciłam. Byłam z lekka padnięta. 

A w nocy spać się nie dało. Dla przypomnienia w X Base Backpackers co noc są imprezy. Do tego ludzie stojący przed wejściem i wszelkie głosy słyszalne nieustannie. Masakra. A jakby tego było mało to około 4 rano jakiś świr mi w drzwi walił. Jedyna śmieszna rzecz była taka, że w końcu jakaś dziewczyna mu z innego pokoju otworzyła i wytworzyła się między nimi rozmowa, która trwała dosyć długo. W końcu on (pijany oczywiście) powiedział jej, że się z nią ożeni, tylko niech go wpuści do pokoju, bo nie ma gdzie spać. A ona mu na to, że jest lesbijką. :) Piękne. Ale i tak nie było mi do śmiechu, bo naprawdę chciałam spać, a tu się nie dało. 



All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Cairns - Wielka Rafa Koralowa 27/02/2009

Znów pobudka o 6 rano, bo o 7 miałam busa spod recepcji, który zawiózł mnie do portu w Cairns. Tam poszłam na statek Reef Experience by udać się na Rafę Koralową. Trzeba było zdjąć buty i wziąć sprzęt do nurkowania. Zajęłam miejsce na statku, wypełniłam papiery i zapłaciłam za rejs. Zjadłam śniadanie i tak oto płynęliśmy sobie i płynęliśmy na rafę koralową. W tym czasie jeden z młodych chłopaków, bo załoga była bardzo młoda, opowiadał o snorkellingu i nurkowaniu, o mieszkańcach rafy koralowej. No i to by było na tyle mojego słuchania, bo kiedy jeden z nich mówił o nurkowaniu zaczęła się moja choroba morska. Nieważne że wzięłam jakieś tabletki, które oni proponowali wziąć. Nic mi to nie pomogło, a to jak się wtedy czułam to trudno opisać. Byłam przerażona, bo nagle się okazało że jest rano, jestem na otwartym morzu i nie da się rady stamtąd uciec, a o niczym tam wtedy tak bardzo nie marzyłam. Bo tak jak tam wymiotowałam to jeszcze nigdy w życiu nie miało wcześniej miejsca. Na szczęście jak wyszłam na zewnątrz to z każdą chwilą czułam się coraz lepiej. To był moment kiedy zaczęło się nurkowanie w pierwszym miejscu. Ludzie w większości nurkowali z rurką, a ci którzy chcieli nurkować pod wodą to byli podzieleni na kilka grup po 4 osoby.



Nie potrafię pływać, ale nawet ubrałam ten kombinezon z gąbki, gogle itd. i weszłam do wody, która była ciepła i słona okropnie. Tyle że zaraz mi się ta woda wlała do nosa i nie mogłam złapać powietrza plus na oczy (a dodam ze mam soczewki) nic nie widziałam, więc szybko  z tej wody wyszłam. Myślę, że spróbowałabym tam wejść jeszcze raz gdyby nie to, że wciąż jeszcze miałam niewyleczoną opryszczkę, a ta słona woda tylko pogarszała jej stan i powodowała ogromny ból, więc dałam sobie spokój. Generalnie byłam przygotowana na to, że w ogóle do wody nie wejdę, no ale spróbowałam. Nie wyszło, ale przynajmniej próbowałam.

Po pierwszym nurkowaniu był lunch – szwedzki stół. Nie bardzo wiedziałam, czy po mojej chorobie morskiej powinnam jeść, ale zaryzykowałam i nic się nie stało.

Popłynęliśmy do drugiego miejsca gdzie znów ludzie mogli nurkować, a potem z powrotem do portu. Rejs był super. Tylko pogoda się psuła i chwilami nawet padało. Można było sobie siedzieć na górze statku, a wiatr rozwiewał włosy i wszyscy byli tacy padnięci i przysypiali. 

Wieczorem obiadokolacja w Cock&Bull, w którym to lokalu zjadłam mięso z kangura (aż trzy kawałki były) plus frytki i sałatka. Jedzenia było bardzo dużo i nie zjadłam wszystkiego, ale naprawdę było bardzo dobre. Lokal był ogromny i masa ludzi w środku. Od razu widać, ze mają tam dobre jedzenie. Do tego jeszcze trwało tam karaoke, ale piosenki to w większości jakieś australijskie country, a do tego nie potrafię się przekonać.



All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Kuranda, Queensland, Australia 26/02/2009

Dzień dobry Cairns.

O 7:25 pod recepcję przyjechał bus. Pan zabrał mnie i przetransportował na stację kolejową. Tam o 8:30 z peronu 2 odjeżdżał ten słynny, historyczny już pociąg do Kurandy - Kuranda Scenic Railway.


W trakcie jazdy był jeden przystanek i można było sobie wysiąść na jakieś 5 minut przy wodospadzie Barron Falls. Ludzie jak mrówki wypłynęli, ale na sygnał gwizdka wszyscy grzecznie do pociągu powrócili. Od tego wodospadu było już zupełnie niedaleko do Kurandy.

Barron Falls
Cała wycieczka przeze mnie wykupiona wyglądała tak, że najpierw pan mnie tym busem odebrał i zawiózł na stację kolejową, a potem już sobie sama organizowałam czas. W cenie wycieczki był transport z i do hotelu, bilet na kolejkę do Kurandy i na powrót gondolą.


Po przyjeździe do Kurandy, która jest małym miasteczkiem w tropikalnych lasach deszczowych podjechałam bezpłatnym busem na górę do centrum co trwało może 3 minuty. 

Kupiłam pass na wszystkie trzy atrakcje Kurandy. Najpierw udałam się do Butterfly Sanctuary i jak sama nazwa mówi było tam po prostu pełno motyli, które sobie latały nad głowami. Miejsce małe, ale motyle niektóre przepiękne. Był tam taki piękny niebieski motyl, który wcale nie chciał się dać sfotografować. Inne były bardziej łaskawe. Pan, który był przewodnikiem dla jakiejś grupy mówił, że czym więcej motyl macha skrzydłami, tym krótsze ma życie. Nie wiedziałam.


Z Butterfly Sanctuary było przejście do słynnego rynku Kuranda Heritage Market, a tam z kolei było wejście do Birdworld gdzie było mnóstwo ptaków, głównie zwariowanych papug. Było przy tym mało ludzi, a niektóre papugi to prawdziwe artystki. Karmiłam je jedzeniem, które kupiłam przy wejściu. Była tam jedna papuga – pożeraczka plastiku. Byłam świadkiem jak opadła plastikowej butelki i była w stanie odgryźć zakrętkę, a potem jeszcze oderwała guzik u koszuli. To był widok. 


Z Birdworld poszłam do Kuranda Koala Gardens gdzie można było spotkać nie tylko koale, ale i krokodyle, kangury czy walabie. Dopiero tam po raz pierwszy widziałam małego kangurka (joey) w torbie. I co ciekawe on wcale nie był taki mały, a nóżki to mu zwisały z tej torby, bo raczej nie sposób, by się tam zmieściły. Muszę dodać, że te kangury tam o wiele bardziej mi się podobały niż te w Featherdale Wildlife Park koło Sydney, bo były spokojne i łagodne. Poza tym wielkim plusem było to, że mało tam ludzi i można się było nacieszyć ich widokiem.


Potem zrobiłam sobie zdjęcia z koalą, które można było sobie wykonać za dodatkową opłatą. Koala był ogromny. Naprawdę takiego dużego to wcześniej nigdzie nie widziałam. Pracownik tych ogrodów trzymał go na rękach. Podchodziło się tam w wyznaczone miejsce i trzeba było wyciągnąć lewą rękę. Wówczas kładli nam tego koalę, który trzymał się łapkami tej naszej ręki i można było go sobie naprawdę przytulić. Pani robiła zdjęcie, a potem jeszcze dodatkowo moim aparatem. SUPER FRAJDA!!! Koala „pachniał” eukaliptusem oczywiście, ale był naprawdę kochany.


Jak wyszłam z Kuranda Koala Gardens to zatrzymałam się na chwilę w Kuranda Heritage Market gdzie zaopatrzyłam się w kilka par pięknych kolczyków. Jedne takie fioletowe w aborygeńskie kropeczki tylko w połowie do dziś dotrwały, bo jednego z nich zgubiłam w w Anglii. A był taki śliczny!!!

Pochodziłam jeszcze po sklepach, bo miałam trochę czasu, a potem poszłam koło Butterfly Sanctuary na darmowy autobus. Zjechałam na dół do stacji, lecz tym razem nie wracałam już pociągiem, ale gondolą zjeżdżałam w dół. W kasie na moje nazwisko dostałam bilet na tą gondolę. W trakcie tej jazdy były dwa przystanki i można sobie było wysiąść z kolejki i przejść kawałek wytyczonym szlakiem wśród lasu deszczowego, spojrzeć ponownie na wodospad Barron Falls z drugiej strony niż poprzednio i wrócić do kolejki.

Cairns
Gdy zjechałam na dół miałam jeszcze trochę czasu wiec wypiłam kawę i zjedłam ciastko. Potem przyjechał po mnie ten sam pan co nas rano odwiózł na stację i zabrał mnie do hotelu.

Po przyjeździe zarezerwowałam wycieczkę na rafę koralową na następny dzień ze statkiem Reef Experience.


All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Alice Springs - Cairns 25/02/2009

I nadszedł ten dzień kiedy trzeba było opuścić czerwone centrum Australii. Jak bardzo chciałam tam zostać na dłużej, to tylko ja wiem. Zakochałam się w Alice Springs, w spokoju tego miejsca, w gwieździstym niebie, w śpiewie natury, w czerwonej ziemi, skałach i ach mogłabym tak długo wymieniać. To może zamiast tego troszkę mojej poezji:

   Red Centre

Ta gwiaździsta noc
W ciepłym Alice Springs
Gdzie błogi spokój
I śpiew wydobywający się z trawy
Był balsamem dla mej duszy

Ten aborygeński raj
Gdzie gwiazdy jak najpiękniejsze fotografie
Zachwycały me oczy
A wewnętrzny spokój
Czynił mnie istotą szczęśliwą

To czerwone centrum Australii
Wbiło mi się w serce
I tkwi w nim do dzisiaj
Kocham i tęsknię
Za tym krajem do góry nogami

                                                                                         Lagnese





Rano po wymeldowaniu się z hotelu z racji tego, ze wciąż miałam sporo czasu do odlotu mojego samolotu udałam się na basen. W wodzie było super, bo było upalnie, ale w basenie się tego nie czuło. Poza mną było tam tylko kilka osób więc było bardzo przyjemnie i spokojnie. 

Około 13 zamówiłam taksówkę. Trochę za wcześnie, ale stało się. Przyjechała taksówkarka Karina i nie umiała wymówić mojego nazwiska. O nie, takie proste przecież jest. Na lotnisku były pustki przez duże P. Byłam tam 2,5 godziny przed wylotem, a pewnie pół godziny przed spokojnie by wystarczyło, bo to jest bardzo kameralne lotnisko. Do tego jest naprawdę prześliczne z dywanami w aborygeńskie wzory na podłodze i tak bardzo tam było przytulnie. 

W samym Alice Springs mieszka z 28 000 mieszkańców, więc tyle co turyści tu przybywają. Zjadłam lasagne chyba trzecią podczas mojego pobytu w Australii. Dostałam od pani takie urządzenie z numerem 18, które jak zamówienie było gotowe to ono zaczynało dzwonić niczym telefon komórkowy i należało podejść do niej, oddać to urządzenie i odebrać zamówienie. Wszystko byłoby dla mnie całkiem logiczne gdyby nie to, że byłam tam chyba jedyna klientką w tym momencie. No ale cóż trzeba korzystać z postępów cywilizacji.

Trochę tam siedziałam, ale czas dosyć szybko minął. Jacyś turyści się zaczęli w końcu pojawiać. Ogólnie leciało bardzo mało osób – może pół samolotu, albo i mniej. Lecieliśmy Boeing 717. Jeszcze mniejszy niż ten co ma Easy Jet, bo zamiast 6 siedzeń było tylko 5 w rzędzie. Jest różnica lecieć takim małym samolotem, bo jakiś taki lekki jest jak się rozpędza i nie ma takiego oporu. No tu fizyka się kłania, ale co ja tam wiem. Oczywiście leciałam Qantasem. Wylot był o 16:15. Stewardessy miały oczywiście te swoje aborygeńśkie stroje, ale tym razem w kolorze brunatnym jak przystało na serce Australii. Oczywiście zaraz pojawiło się jedzenie przekąska, a potem na lunch gorące danie: ryż, groszek, coś z mięsem w sosie, woda z cytryną, bułeczka z masłem, czekoladka miętowa, herbatka. „Stoliczku Qantasa nakryj się i on się nakrywa”:)

Pod koniec lotu coś się ciemno zaczęło robić w tym samolocie, ale dolecieliśmy szczęśliwie na wieczór do Cairns około 18:50. Gdyby ktoś nie wiedział Cairns znajduje się w północno - wschodniej Australii w stanie Queensland. Wysiadłam z samolotu po schodkach i uderzyło mnie dziwne wilgotne powietrze. Różnica czasu + 30 minut w stosunku do Alice Springs. Po przylocie i odebraniu bagażu zadzwoniłam do hotelu żeby po mnie przyjechali, co było w cenie hotelu. Okazało się, że mają swój własny bus. Chwilkę czekałam przed lotniskiem na tego busa, a stamtąd do hotelu Bohemia Resort, w którym się zatrzymałam. Jechaliśmy około 5 minut, a więc mój hotel było bardzo blisko lotniska, a może to Cairns jest po prostu małe. Szybkie check-in w recepcji, choć muszę powiedzieć, że obsługa tam była taka sobie i zdania do końca o nich nie zmieniłam. Poza tym, że sam hotel - super. Było tam kilka domów albo małych bloków, w których były różne pokoje. Do mojego domu szło się wokół palm i innych pięknych drzew jak na tropik przystało. Po lewej stronie był basen, a przed nim bar, telewizja, bilard, grill, a więc takie miejsce imprezowe. 


W recepcji zarezerwowałam wycieczkę na jutro do Kurandy i tak minął mi kolejny dzień w Australii, znów w innym miejscu i znów gotowa na nowe miejsca i przygody. 


All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Thursday, December 6, 2012

Uluru, Kata Tjuta - Alice Springs - 24/02/2009

Pobudka o 4:30. Toaleta, śniadanie i szybko wyjazd. Zatrzymaliśmy się w pierwszym miejscu, by podziwiać Uluru jeszcze przed wschodem słońca. Zaraz potem pojechaliśmy do właściwego miejsca na wschód słońca gdzie było pełno turystów, którzy przyjechali z tym samym zamiarem. 

Biedna ta góra, bo nawet o poranku musi wyglądać pięknie skoro tylu ludzi chce ją uwiecznić na zdjęciach. (A kto wygląda pięknie rano?:-) Uluru jest pomarańczowe, a nie czerwone, więc zdjęcia też czasem kłamią. Oczywiście kolor Uluru może się zmieniać dzięki słońcu – taki mały rumieniec nieśmiałej dziewczyny.


Jak już wszyscy się nacieszyli wschodem słońca nad Uluru to pojechaliśmy kawałek dalej na parking i stamtąd udaliśmy się na wędrówkę wokół Uluru, która zajęła nam około 2,5 godziny. W tym czasie dzielna Ruth spała sobie w busie i łapała energię na resztę dnia.
W zasadzie istnieje możliwość wspinaczki na Uluru, ale prawda jest taka, że Aborygeni nie chętnie na to pozwalają. Uluru jest dla nich świętą górą i rzadko kiedy do tej wspinaczki dochodzi. Jest tam zamontowana specjalna lina, która pomaga się wspinać, lecz podobno nie jest to do końca bezpieczne i jest trochę śmiertelnych przypadków. Ja to zupełnie rozumiem, ale uważam że w tej sytuacji powinno się zupełnie zrezygnować z takiej atrakcji skoro ona praktycznie nie istnieje. 




Samo obejście góry wokół wydaje mi się o wiele ciekawsze niz wspinaczka. Tym bardziej, że ta góra ma wiele różnych twarzy. Jak się zaczyna iść wokół tej góry to najpierw idzie się taką ścieżką, która jest dosyć daleko od samego Uluru, ale w końcu dochodzi się i do takich momentów gdzie można nawet tą górę dotknąć. Co chwila pojawiają się znaki, na których jest zakaz fotografowania, jako że dane miejsce jest wyjątkowo święte dla Aborygenów. Nieustannie podczas wędrówki towarzyszyły mi muchy. Tylko wiejący wiatr je na chwilę przeganiał, ale gdy go nie było to całe stada atakowały. Muszę przyznać, że Uluru jest naprawdę śliczne, bo jak już powiedziałam ma wiele twarzy i wiele kolorów i naprawdę warte jest obejścia. Tym bardziej, że jest to miła wędrówka po płaskim terenie, a widoki i kolory są naprawdę tego warte. Jest tam też takie miejsce gdzie na skałach są wyryte różne znaki i obrazki poprzez które Aborygeni się komunikowali. 


Co kawałek pojawiają się też mapy informujące w którym miejscu się aktualnie znajdujemy o czym informuje pinezka przypięta w odpowiednim miejscu.


Z Uluru znanej tez pod nazwą Ayers Rock pojechaliśmy kawałek dalej (jakieś 30 minut, a 25 kilometrów) do innej aborygeńskiej góry Kata Tjuty zwanej też The Olgas

Aborygeńska nazwa Kata Tjuta oznacza „wiele głów”, bo niejako składa się z wielu skał. Najwyższy szczyt to właśnie Mount Olga nazwana tak przez człowieka o imieniu Ernest Giles, który nazwał ją na cześć królowej Olgi z Wurttembergu. Kata Tjuta znajduje się około 355 kilometrów od Alice Springs. Przeszliśmy sobie szlakiem zwanym Doliną Wiatrów (Valley of the Winds). Szło się całkiem przyjemnie. Ładne widoki, cisza, spokój, piękne kolory skał. Bardzo mi się tam podobało. To niesamowite, bo w każdym z tych miejsc, w którym byliśmy było dosyć dużo różnych wycieczek, a tymczasem i tak jakoś tak się wszyscy organizowali, że miało się wrażenie jakbyśmy sami tam byli. I naprawdę dało się doświadczyć obcowania z przyrodą.

Z Kata Tjuty wróciliśmy do Ayers Rock Resort, czyli do naszego campingu na bardzo szybki lunch. I tutaj wycieczka się rozdzieliła na dwie grupy. Większość kontynuowała swoją wycieczkę dalej do Adelajdy, a ci którzy tak jak ja byli na dwudniowej wycieczce dołączyli do innej grupy, która też wracała do Alice Springs. Z mojej grupy 7 osób wracało do Alice Springs. Nasz nowy bus był bombowy, bo bez klimatyzacji!!! 


Nasz nowy kierowca Ben też był bombowy. Jechaliśmy z otwartymi oknami i wiał wiatr i dało się jakoś wytrzymać. Myślałam, ze będzie gorzej bez klimatyzacji. Problemem był natomiast brak wody. Co prawda miałam wodę, bo można było sobie nawet na campingu napełnić tam butelkę, ale ona była tak ciepła, że aż nieprzyjemna do picia i o niczym tak nie marzyłam jak o czymś zimnym do picia. Jechaliśmy z dwie godziny przy otwartych oknach przez które wpływało ciepłe powietrze. Chciało się pić bardzo i nawet trudno było się na czymś innym skupić, bo wszystko w mojej głowie sprowadzało się do myślenia o wodzie. A tu droga bez żadnych zabudowań i „ nie ma, nie ma wody w Outback Australii”. W końcu po jakichś dwóch godzinach nastąpił skręt w lewo. OH YEAH!!! Stacja benzynowa = woda!!!! Kupiłam zimną Ice Tea i wypiłam ją jednym łykiem. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak spragniona (chyba w Rzymie), a wypicie czegoś zimnego było jak powrót do życia. Powrót do nieklimatyzowanego busa po napiciu się czegoś normalnego już nie był taki straszny. Ku mojemu zdziwieniu przed nami było jeszcze tylko 2 godziny drogi. Myślałam, że dłużej będziemy jechać skoro w tamtą stronę tak długo jechaliśmy. W sumie z Ayers Rock Resort to było jakieś 350 kilometrów. Zostałam odtransportowana jako pierwsza, bo wiadomo ma się te znajomości. Na koniec dodam, że wszyscy byli bardzo mili i w ogóle wycieczka była super, a wykupiłam ją w firmie OzExperience

Kocham australijski Outback i trudno mi nawet wyrazić jak piękne jest to miejsce. 


All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook

Alice Springs - Kings Canyon 23/02/2009

Pobudka o 3:30!!! O 4:45 miał przyjechać po mnie bus. Nie ukrywam, że trochę się denerwowałam po tym jak namieszałam z tymi hotelami, że może nie przyjadą, ale przyjechali. A dokładnie przyjechała młoda kobieta o imieniu Ruth, która od rana miała nawet poczucie humoru i na moje pytanie czy to wycieczka dwudniowa do Uluru, to mi powiedziała, że nie. Ha ha ha. Poza tym ta Ruth jest Angielką, która od 7 lat mieszka w Australii, a od roku pracuje w Alice Springs jako przewodnik, a wyglądała na rodowitą, zakręconą Australijkę. Była naszym przewodnikiem i kierowcą w jednym i miała tyle energii w sobie, że nie wiem skąd ją czerpała.

Byłam pierwsza w tym busie i siadłam tuż za Ruth więc mogłam obserwować cały czas drogę. Zjeździłyśmy najpierw Alice Springs, by pozbierać innych wycieczkowiczów, co trochę trwało, zwłaszcza, że jedni Anglicy - imprezowicze nieco zaspali i dwa razy po nich jechaliśmy. Było nas w sumie 18 osób. Poza mną byli Holendrzy, Niemcy, Anglicy, Duńczycy, Szwajcarzy i Kanadyjka. Jak już wszystkich pozbieraliśmy to pojechaliśmy do biura organizatora. Zapłaciłam za wypożyczenie śpiwora i kupiłam jeszcze jedną wodę prosto z zamrażarki czyli krótko mówiąc prawdziwy lód.



No i jazda tak od 6 rano mniej więcej. Jechaliśmy autostradą jednopasmową, ale nawierzchnia była super. Trudno było znaleźć samochód na drodze i tak mijało się jakiś raz na pół godziny. Zupełne pustkowie i tym bardziej dziwi, że się zdecydowano wybudować autostradę w takim miejscu, która ciągła się i ciągła. Kto ją zbudował i jak długo im to zajęło to nie mam pojęcia, ale podziwiam. Zwłaszcza, że tak rzadko się mija tam samochód, no ale jak się już mija to się kierowcy tak ładnie pozdrawiają. Pewnie uradowani, że w końcu jakiś człowiek się pojawił na horyzoncie. Do tego ta autostrada jest prawie cały czas pusta, więc naprawdę można przysnąć, ale naszej dzielnej Ruth to się nie zdarzyło. Na drodze dało się zauważyć trzy znaki drogowe:
1 GRID co oznaczało kratkę na drodze
2 CREST czyli wzniesienie
3 FLOODWAY czyli kanał przeciwpowodziowy
Niestety nie widziałam słynnego znaku z kangurem.

W trakcie jazdy była wizyta u Ruth na „dywaniku”. Siadało się koło niej i podczas jazdy mówiło się coś o sobie. 

Około 12 zatrzymaliśmy się na lunch. Ruth miała jedzenie w przyczepie i trzeba było pokroić warzywa, chleb, mięso i można sobie było zrobić kanapki. I pierwsze spotkanie z muchami.

Przejechaliśmy jeszcze kawałek i zatrzymaliśmy się przed Kings Canyon. Było upalnie, ale dało się wytrzymać. Zdecydowałam się iść z wszystkimi na trasę która trwała 3,5 godziny. Trochę się bałam, że nie podołam, bo od tej opryszczki i tabletek byłam osłabiona, ale gdybym nie spróbowała to bym potem żałowała.


Najpierw było trochę wspinaczki pod górę, ale tak z 20 minut do pół godziny. Żar był coraz większy i grunt to było pić wodę żeby się nie odwodnić. Najgorsze były te wściekłe muchy, których było pełno, a ja nie miałam takiej specjalnej siatki jaką inni sobie po drodze zakupili. Trzeba było je znosić cierpliwie, co było chwilami ciężkie. Jak się wspinaczka skończyła to szło się po płaskim terenie. Ruth miała oczywiście tempo nieziemskie więc tak mało czasu było na zachwycanie się skałkami i robienie zdjęć, ale jakoś się udawało tego dokonać. Kolory skał były przepiękne. Poza tym przyroda nienaruszona czyli spalone już drzewo leżało tam sobie i nikt go stamtąd nie usuwał. Potem było jeszcze jeziorko, które sobie odpuściłam, co by trochę sił odzyskać i dobrze mi to zrobiło. Całe przejście zajęło nam 3,5 godziny, ale naprawdę warto było, a trasa wcale nie jest trudna, bo poza początkową wspinaczką to potem idzie się po płaskim terenie i schodzenie w dół też jest całkiem przyjemne. Było upalnie, ale i tak najgorsze powietrze było na samym dole. Strasznie duszno i zero wiatru, a jak zero wiatru to i muchy nie dawały za wygraną. Najważniejsza była woda, którą starałam się cały czas pić. Ruth od początku mówiła, że nie weźmie nikogo kto nie będzie mieć butelki 2 litrowej, bo to jest minimum jakie trzeba mieć.










Z Kings Canyon ruszyliśmy w dalszą drogę. Nagle przed nami ukazała się góra. Oczywiście wszyscy błędnie myśleli, że to Uluru, ale jak powiedziała Ruth to też jest góra Aborygenów, ale nie taka popularna jak Uluru i trochę jest w jej cieniu. Najpierw wszyscy się zachwycają jej widokiem, a jak się dowiadują że to nie Uluru to emocje opadają. W końcu dojechaliśmy do Ayers Rock Resort i udaliśmy się w miejsce z którego był widok na Uluru i Kata Tjutę po drugiej stronie. Udało się zdążyć na zachód słońca. Uluru było takie malutkie z tamtego miejsca, a Kata Tjuta jeszcze mniejsza.

Wróciliśmy do campingu, w którym zostaliśmy na noc. Mieliśmy do dyspozycji jeden camping na którym wokół były domki, w których były po dwa łóżka. Do tego jeszcze kuchnia do dyspozycji. Nieco dalej szło się do łazienek. 


Mieliśmy wspólną kolację, którą przygotowała Ruth i nie chciała żadnej pomocy. Było mięso z kangura, wołowina, kiełbaski, no i wiadomo jakieś warzywa. Po kolacji prysznic. Były tam ostrzeżenia, że można spotkać węże, jaszczurki i inne ciekawe stworzenia, ale na szczęście nic mnie nie zaatakowało. Wzięłam sobie SWAG i zdecydowałam że będę spać pod gołym niebem właśnie na tym swagu, a na nim w śpiworze. Tylko kilka osób się na podobną noc zdecydowało. Niebo było pełne gwiazd, było cieplutko, muchy w końcu poszły spać, cisza. Jak usnęłam tak spałam i spałam aż do pobudki. I nikt mnie w nocy nie zaatakował. Przynajmniej wciąż żyję w takim przeświadczeniu. Naprawdę super ciepła i spokojna noc i jeśli kiedykolwiek się tam znajdziecie, to polecam spanie pod gołym niebem.

Ciekawostka dotycząca swagu. Na pewno każdy słyszał o piosence Waltzing Matilda, która opowiada o swagman, czyli włóczędze, który nosił właśnie ze sobą swag na którym spał, czyli taki tobołek, który w tej piosence jest reprezentowany jako Matylda. Nazwał ten tobołek imieniem kobiety jako, że był on jedynym towarzyszem jego podróży, no i pewnie z tęsknoty do kobiet. W tej piosence ten włóczęga jest goniony przez policję za kradzież owcy, którą planował zjeść. Zamiast dać się złapać postanowił popełnić samobójstwo i wskoczył do billabong (jezioro przyrzeczne) i utonął. Co ciekawe jest australijska firma o nazwie Billabong, która zajmuje się ubraniami sportowymi widocznymi tam na każdym kroku.


All rights reserved - Copyright © Lagnese

Zapraszam na Facebook @  Lagnese Photography on Facebook